sobota, 14 kwietnia 2018

Śniadanie mistrzów - puszysty omlet

Często rano budzi mnie zapach natrętnego, ale miłego wspomnienia. Jest związane z sobotnimi porankami (a może bardziej przedpołudniami, bo kiedyś lubiłam pospać do wieczora ;)), kiedy to budził mnie dźwięk miksera. Później otwierałam drzwi do pokoju i okazywało się że mama piecze murzynka, albo lepiej: biszkopt z galaretką i truskawkami.

To śniadanie to dla mnie właśnie takie wspomnienie, co prawda nie używam ani truskawek, ani galaretki, ani nawet prawdziwego biszkopta, ale zapach przywołuje te beztroskie chwile. Sami zobaczcie!

Puszysty omlet z podsmażanymi jabłkami
Składniki na dwa omlety:

4 jajka
4 łyżki mąki
szczypta soli
szczypta proszku do pieczenia (opcjonalnie)
łyżeczka masła klarowanego do podsmażenia
odrobina cukru pudru do posypania
duże jabłko
łyżka miodu
szczypta cynamu
krem czekoladowy lub orzechowy (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Jabłko obierz i pokrój w plasterki. Podgrzej odrobinę masła klarowanego i podsmażaj na nim jabłka, jak tylko zaczną mięknąć polej miodem i jeszcze chwile podgrzewaj, aby dokładnie oblepił każdy plasterek. Przełóż do miseczki i posyp cynamonem.
Oddziel żółtka od białek. Następnie ubij białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. W oddzielnej misce wymieszaj dokładnie żółtka z mąką oraz dodaj ubite białka. Na małej patelni rozpuść pół łyżeczki klarowanego masła i wlej połowę mieszanki jajecznej. Podsmażaj* z obu stron na złocisty kolor na średniej mocy palnika. Gotowe omlety posyp cukrem pudrem i podawaj z ciepłymi jabłkami i kremem czekoladowym lub orzechowym.

*kiedy omlet zaczyna swobodnie odchodzić od patelni to znak, że jest gotowy do przerzucenia
Macie podobne wspomnienia? Lubicie śniadania na słodko?

niedziela, 8 kwietnia 2018

Kochanie nie domyślasz się?!

Czy kiedykolwiek zderzyłeś się z sytuacją, kiedy wysyłasz sygnały i oczekujesz, że zostaną one odpowiednie odebrane? Albo chociaż odebrane? Ja np. wysyłam takie sygnały bez przerwy do Pana Bulcia, oczekuję, a on magicznie nie wpada jakie są moje potrzeby w tym konkretnym momencie. Przysięgam nie chciej być w jego skórze. NO BO JAK MOŻE NIE WIEDZIEĆ! Prawda też jest taka, że jasnowidzem nie jest i szansy na odgadnięcie o co właściwie mi chodzi nie miał. 
Gasimy pożary

Niestety bardzo często na problemy komunikacyjne reagujemy kiedy już one wystąpią. Wtedy Ty mówisz do swojego faceta: mam Cię dość, a Twój facet mówi… właściwie to nic przez najbliższy tydzień, bo na jedno jego słowo wypływa potok Twoich. 
Znamy matematykę, geografię, chemię, historie i jesteśmy w stanie założyć rodzinę, świetnie wychować dzieci, zarabiać pieniądze, wybrać który kredyt jest korzystniejszy, a na żadnym szczeblu edukacji nie uczą nas jak zarabiać pieniądze, a przynajmniej nie robią tego świadomie. No dobra niby w szkołach (chyba nadal) są Podstawy przedsiębiorczości, ale nie dowiemy się tam jak wygląda rozmowa rekrutacyjna, jak znaleźć to co nas kręci, ani jak rozwijać swój potencjał na rynku pracy. Nigdzie również nie uczą nas komunikacji, a przynajmniej nie robią tego świadomie. Jest to proces, który postępuje, gdy obserwujemy naszych rodziców, dziadków, koleżanki i kolegów. Jest to naturalna droga. Każdy z nas ma swój styl komunikacji. My personalnie i my reprezentujący konkretną płeć. Dla jasności nie sądzę aby było to uwarunkowane jakoś mocno genetycznie, lecz może być to kwestią temperamentu, oczywiście.

Prawdziwa lub nie, ale wciąż teza

Różnice komunikacyjne, są wciąż tezą. Nie możemy jednoznacznie powiedzieć, że WSZYSTKIE kobiety komunikują się w jeden określony sposób, a WSZYSCY mężczyźni w całkowicie inny. Prawdą jest, że jeśli mamy wystarczająco dużo szczęścia przy urodzeniu, lekarze są w stanie stwierdzić jaką mamy płeć, a następie rodzice decydują, jak chcą nas wychować i jakie wzorce pozwalają nam obserwować. Wciąż, ale to dynamicznie ulega zmianie inaczej wychowuje się dziewczynki, inaczej chłopców, a to z kolei determinuje sposób komunikacji.  

Oczekiwania vs rzeczywistość

A może wcale tak nie jest, że kobiety i mężczyźni komunikują się inaczej?  A może to oczekiwania społeczne warunkują style komunikacji typowe dla kobiet i mężczyzn. Sposób komunikacji może zależeć o sytuacji, miejsca, naszego zawodu, humoru, zinterpretowania komunikatu itd. 

Kobiety budują relacje, a mężczyźni biznesy* (brednie i bzdury - biznes też jest relacją, ale mniej emocjonalną) …
… czyli różnice w sposobach komunikacji
Świadomość wszelkiego rodzaju różnic w komunikacji, wynikających z odmiennych temperamentów, umiejętności, sytuacji oraz barier komunikacyjnych może mieć znaczenie w trakcie komunikacji między kobiety i mężczyznami.

Celem powyższego felietonu nie jest ośmieszenie reprezentantów żadnej z płci, ani powielanie stereotypów, ale zastanówmy się sami, na  ile przedstawione różnice są prawdziwe, a następnie zainspirujmy się tym, aby podjąć działania, które mogą sprawić, że nasza komunikacja OGÓLNIE MIĘDZYLUDZKA będzie bardziej efektywna. 

*w ramach poprawnego zrozumienia komunikatu: nie twierdzę, że kobiety biznesów nie budują. Oj budują. I TO JAK!

poniedziałek, 19 marca 2018

Szczyty możliwości

Dlaczego warto mierzyć wysoko?

"Gdy znajdujemy się powyżej 1000 m n.p.m. organizm produkuje więcej czerwonych krwinek, rozszerzone naczynia przyspieszają transport tlenu i składników odżywczych, poprawia się samopoczucie i kondycja." [źródło] Idąc zapominasz o wszystkim, wszystko co dookoła się nie liczy. To, co w pracy jest szczytem Twojej wytrzymałości z perspektywy gór/długiej, pieszej wycieczki jest nieistotnym ziarnkiem paski, które wpadło do buta.

Tam, gdzie prowadzi szlak

Mówi się do trzech razy sztuka. Na tym podejściu spotkałam dwie przeszkody ucinające szlak w najmniej spodziewanym momencie. Złapałam oddech, rozejrzałam się i w oddali dostrzegłam oznaczenia szlaku, szybka decyzja: jeszcze nie skończyłam. Drugi raz decyzja była trudniejsza, a wyobraźnia robiła swoje. Tylko ja, natura i kurcząca się strefa komfortu.  Czy muszę się poddać, czy to jest porażka? Przecież poniosłam ją kilka razy w życiu - to nie jest to uczucie. Nadal z Tobą nie skończyłam.

Dalej nie idę!

Podjęłam decyzję, kiedy wiedziałam, że dalej tą drogą nie pójdę, ulżyło mi. Ale co to było za uczucie, wracałam o połowę lżejsza. Przecież nic nie muszę sobie udowadniać. Nie poddałam się po prostu postawiłam kropkę trochę wcześniej niż zakładałam. Kolejna kłoda na tej drodze, to znak: na dziś koniec, ale ostatniego słowa nie powiedziałam. Zimowe szlaki są nieprzewidywalne, bo mniej ludzi nimi chodzi. Czy podobnie nie jest ze ścieżkami życia, które musimy przecierać jako pierwsi?

"Wielkie rzeczy się dzieją, kiedy spotykają się ludzie z górami"

Podczas godzinnego podejścia przemyślałam więcej, niż kiedykolwiek. Miałam wyznaczony cel i mimo tego, że go nie osiągnęłam nie jest to moja porażka. Plany górskie, tak jak życiowe modyfikujemy w zależności od naszego przygotowania i możliwości, czasami wiążą się one z zejściem ze szlaku i wykroczeniem ze swojej wygodnej strefy komfortu. Wiąże się to z chwilowym zaburzeniem poczucia bezpieczeństwa, ale kiedy czujesz, że to szczyt Twoich możliwości psychicznych i fizycznych, to czas by zastopować. Tam na górze doszłam do porozumienia i oczyściłam atmosferę sama ze sobą. Tylko tam w głuszy bez publiczności, stajemy oko w oko sami ze sobą i naciskamy guzik: zresetuj system, przypomnij sobie co jest ważne. Nie bój się podejmij ryzyko, pójdź za głosem serca, żeby jutro nie obudzić się z ręką w nocniku i poczuciem straconego życia.
Gdzie są te złote góry

W związku z mentalną podróżą na szczyty moich możliwości dosłownie i w przenośni uświadomiłam sobie, że wychodzenie ze strefy komfortu wcale nie jest negatywne. Jest to wręcz konieczne, aby osiągać swoje cele, oczywiście rozsądnie, nie chodzi  to by się zarąbać (bo wtedy będzie trzeba wracać w te góry i znów się resetować). Chwila dyskomfortu kiedy dokonujesz zmian i przesz do przodu w nieznane jest tylko... CHWILĄ. Prędzej, czy później naturalnie zmiana stanie się codziennością i  (zapewne) doprowadzi Cię  do kolejnej decyzji o wstaniu z wygodnego fotela. I rób to za każdym razem w każdym wieku można się zasiedzieć, a i po co? Zawsze jest czas na osiągnięcia.

Życzę Ci zdobywania takich szczytów. Co myślisz o wychodzeniu ze strefy komfortu?

środa, 14 marca 2018

Górskie migawki

Jak co roku dzielimy nasz urlop na kilka części. Zimą zawsze planujemy... zimowe atrakcje - logiczne. Co prawda średnio czuję się w nartach, ale wyjazdem w góry nie pogardzę. Postanowiłam spożytkować te kilka dni na piesze wycieczki i sprawiło mi do mnóstwo frajdy. 

Żeby była jasność, nie jestem zawodowcem, nie wchodzę w wysokie góry, nie mam sprzętu, ale dobrze zaplanowana piesza wycieczka, nie jest zła. Poniżej umieszczam kilka migawek i krótkie opisy tras które obrałam. 
1. Przekroczyliśmy granicę i rozpoczęła się magia. // 2. Relaks po podróży. // 3. i 4. Planowanie wycieczek na cały tydzień.
Dzień pierwszy potraktowałam zdecydowanie poglądowo, udało mi się poznać okolicę i znaleźć wejścia na szlaki, którymi chciałam się przejść, a GPS pokazał, że nogi wchodzą mi w cztery litery, ponieważ przeszłam 16 km. 
1. Widoki z Jaskini Lodowej - wiedziałam, że jest zamknięta, ale i tak chciałam wejść na górę. // 2. i 3. Na szlaku, muszę się przyznać: rekonesans tras zrobiłam dlatego, że poszłam w złą stronę i zorientowałam się dopiero po godzinie marszu <facepalm> // 4. Ładuję się energią.

Kolejnego dnia można było mnie spotkać na niebieskim szlaku turystycznym prowadzącym z Demianowskiej Jaskini Wolności. Moim celem było obejście Jaskini dookoła szlakiem niebieskim przez Puste, a następnie wejście na szlak pomarańczowy i zielony  z powrotem na dół. Niestety moje plany zostały pokrzyżowane. Szlaki te nie są zimą najczęściej uczęszczane i mimo, że widać ślady turystów i... zwierząt to przyroda pokrzyżowała mi plany. 
Niebieski szlak prowadzi serpentynami do góry, bywały momenty, że ścieżka się urywała, ale dookoła było widać obejścia. Dwukrotnie trafiłam na takie momenty, gdzie widziałam oznaczenia szlaku na drzewach, ale ścieżka była niewidoczna lub zasłonięta przez powalone drzewa. Wtedy musiałam obchodzić dookoła na dziko. To były ciężkie momenty, ale bezpieczne. Niestety dalej z tych powodów musiałam zawrócić, zbrakło mi 300 metrów w górę, aby dojść na Puste i przecięcie szlaków. Powalone dookoła drzewa pocięły szlak, który straciłam z pola widzenia, a dodatkowo śladów była już garstka. Postanowiłam wracać i wypić zimną kofolę z Panem Bulciem.
Górską "wspinaczkę" z dnia poprzedniego bardzo mocno odczułam w nogach i głowie, dlatego następnego dnia wybrałam się w kierunku miasteczka Plavcina Lehota. Po drodze minęłam zabytkową, drewnianą dzwonnicę z 1883r. i kierowałam w ruiny zamku, ale ... tak wiem dużo tych "ALE" - wycinka drzew po drodze zablokowała mi przejście. 
Jeden dzień naszego wyjazdu mieliśmy poświęcić na wejście do  Jaskini Wolności, wspólne spędzenie czasu i SPA. Dopadł nas wirus, albo jakieś zatrucie, bo cały dzień przeleżeliśmy w łóżku. Ja przeszłam to nieco lżej, nie miałam gorączki, ani tak źle się nie czułam, być może było to zmęczenie, przynajmniej taki mi się wydawało, ponieważ to samo dopadło mnie ostatniego dnia. 
W związku z tym, że dzień, który mieliśmy spędzić razem bez nart między nami, ni wypalił, udało mi się namówić Pana Bulcia, aby wrócił do sił... na szlaku  prowadzącym przez Tri Vody do Brhliska.  
Zimą szlak jest zdecydowanie mniej uczęszczany przez pieszych turystów, ale ścieżka była ładnie wyjeżdżona przez narciarzy. Poza szlakiem wpadało się w śnieg po kolana, albo i lepiej - nie próbowaliśmy. Z Brhliska mieliśmy zejść na Lukową - tak i tutaj niebieski szlak się urywał. Zeszliśmy lasem wzdłuż stoku. 
Zdecydowanie dużo bardziej wolę aktywnie spędzać czas, niż lenić się nad basenem. A Ty jakim typem podróżnika jesteś?

sobota, 10 marca 2018

Śniadanie mistrzów - letnia owsianka na pocieszenie

Czy mówiłam Wam już że weekendowe śniadania należy odpowiednio celebrować? A co tam, nawet jeśli mówiłam, to powiem jeszcze raz: należy odpowiednio celebrować weekendowe śniadania! To jedyne dwa dni w tygodniu, kiedy możemy niespiesznie porozmawiać, wspólnie wypić kawę/herbatę/wodę z cytryną (powinno się pić dla zdrowotności) i po prostu cieszyć się towarzystwem swoim, jak i pysznego jedzenia. Nie mówię, że na stół powinien wjechać teraz szampan z truskawkami i kawior, ale skoro mamy trochę więcej czasu warto się postarać. Dlatego co jakiś czas będę wrzucała Wam inspiracje na pyszne weekendowe śniadania :)

Mistrzowska owsianka Małgorzaty vel Bulejowskiej: wspomnienie lata
Widzę po zdjęciach i opisach, że wszyscy CHCĄ już wiosny, a ona się ociąga i zabalowała gdzieś w odległej krainie. 
Ja sama dopiero wróciłam z zimowego urlopu i teraz również jej wyczekuję. Dzisiejszy pomysł na śniadanie to letnia sielanka w polu skąpanym słodkimi owocami (poetycznie zabrzmiało). Oczywiście możecie użyć zupełnie innych dodatków, pozostawiam Waszej decyzji.

Składniki na dwie porcje*:

10 łyżek płatków owsianych
2 szklanka mleka (możesz użyć roślinnego)
2 łyżka wirków kokosowych + szczypta do posypania z wierzchu
8 mrożone truskawki
6 mrożone maliny
miód do polania
opcjonalnie łyżeczka cukru
*powiększaj lub pomniejszaj proporcjonalnie, na jedną porcję potrzebujesz połowy składników, ale na upartego wystarczy też dla dwóch osób (zależy jak bardzo jesteście głodni) ;)

Przygotowanie:
Owsiankę wsyp do rondelka z zimnym mlekiem, dodaj cukier i gotuj aż mleko zacznie bomblować. W tym czasie włóż truskawki do mikrofali na kilka sekund, aby się rozmroziły. Wiórki kokosowe oraz truskawki dodaj do gotującej się owsianki i zmniejsz ogień.  Gotuj powoli, aż do uzyskania pożądanej konsystencji, ja akurat lubię gęstą. Jeśli nie chcesz przypalić garnka, pamiętaj aby często w nim mieszać ;) Bardzo często po dodaniu owoców po prostu zdejmuję garnek z palnika i zostawiam na 10 minut pod przykryciem, aby dodatkowo zgęstniała. Gotową owsiankę włóż do dwóch miseczek, ułóż zamrożone maliny, posyp szczyptą wiórków kokosowych i polej miodem. 
Mniami!
Lubisz owsianki, albo ogólnie śniadania na ciepło? 
Co wcinasz najchętniej w powolne weekendowe poranki?

wtorek, 27 lutego 2018

Rodzice mnie źle wychowali

Moi rodzice popełnili gigantyczny błąd w moim wychowaniu. Błąd wręcz nie do wybaczenia. Co takiego zrobili?! Wbrew pozorom nie jest to post, który ma ich ośmieszyć, wręcz przeciwnie, chciałabym dać innym taki przykład warunków wychowania, jakie stworzyli mi moi rodzice.
Byłam puszczona samopas. ŻARTUJĘ! Mama często pyta dlaczego taka jestem? No ale właściwie to jaka? Nieustępliwa, uparta po tatusiu. Podobno nie potrafię odpuścić i znieść porażki, bądź, jak to moja mama mówi zbyt ambitna.

Zupełnie przeciwnie do mojej siostry. Nie w sensie, że ona nie jest ambitna. Oj jest! Tylko mam wrażenia, że do wszystkiego podchodzi z pełnym luzem bo skoro coś postanowiła, to to się przecież wydarzy, a jak nie jest pewna, to po prostu tego nie robi.

Być może to wszystko wynika z tego, że wszystko chciałam sama. Sama wracać ze szkoły. Sama wybierać ubrania. Sama odrabiać prace domowe. Wolałam się nie przyznawać, że czegoś nie rozumiem, bo jestem taka samodzielna (do tej pory tak robię). Mało tego, jak tej pracy nie odrobiłam, to sama sobie pisałam usprawiedliwienie. Urodziłam się indywidualistką.

Co moi rodzice zrobili źle?

Nauczyli mnie szacunku

To takie oczywiste. Niejednokrotnie obserwowałam różne sytuacje z (dosyć już) rozumnymi dziećmi, które w kinowej kasie krzyczały, że nie chcą tego napoju, tylko tamten, a jak dostały co chciały, to nawet dziękuję nie powiedziały. Rodzic się nie upomniał, że wypadałoby, to i dziecko utrwaliło sobie, że nie trzeba. I tak za chwilę słowa: dzień dobry, dziękuję, proszę - zanikną. Jest to generalizacja, ale chcę uwidocznić pewien problem. Moi rodzice nauczyli mnie szacunku do drugiego człowieka, do tego, że powinnam innych traktować, tak jak ja chcę być traktowana. Nauczyli mnie szanować cudzą własność, pieniądze i przestrzeń osobistą innych.

Byli cierpliwi w komunikacji

To była przeprawa, bo komunikatywną nastolatką to ja nie byłam. Byli w tym wytrwali. Pokazali mi jak słuchać innych, jak się zwracać do innych, jak budować relacje. Robili to również nieświadomie, kiedy to ja ich obserwowałam w różnych sytuacjach. Uświadamiali mnie, że sygnalizowanie swoich potrzeb jest ważne, a poproszenie o pomoc, wsparcia świadczy o naszej wewnętrznej sile.
Popychali mnie do ryzykowania

Znacie taki tekst: No nie wiem, zrobisz jak uważasz. Nie róbcie tego, to PUŁAPKA! Zachęcają do ryzyka, a później wieź się człowieku mierz z konsekwencjami swoich decyzji. To ryzyko dla mnie jest obecnie odpowiedzialnością i niezależnością. Wskazali mi jak kierować swoim życiem i być świadomą każdej podjętej decyzji. Nie każda, którą w przeszłości podjęłam była łatwa do zaakceptowania, ale wydaje mi się że to było też uczące dla nich, ponieważ to jak w pewnym momencie zaczęłam stawiać swoje granice. Obopólne korzyści! 

Poradzisz sobie

Rodzice nie są bezkrytyczni, na pewno nie moi. Potrafili pokazywać mi co robię dobrze, nad czym powinnam pracować, wskazywali w jakim kierunku mogłabym pójść. Dzięki temu, że byli ze mną szczerzy, łatwiej przyjmuję krytykę. Łatwiej, to nie znaczy, że jest mi obojętna, do dziś dzwonię do mamy z pytaniami, czy nad interpretuje sytuację, czy to, co usłyszałam było aż tak złe. Często słyszę wtedy: daj się dupie wypierdzieć. Wsparcie w mniej lub bardziej życiowych decyzjach jest obowiązkiem rodziców i kluczem do wiary we własne siły.
Nie marnuj czasu

Nie jest to jakaś złota myśli moich rodziców, ani też coś, co słyszałam od nich właśnie tymi słowami. Przez wile otwartych rozmów dowiadywałam się od nich w co warto inwestować swój czas, bo jest on przecież ograniczony na ziemi. Słyszałam słowa otuchy, na temat relacje w które nie warto brnąć, że trzeba być odważnym i wiedzieć, że czasami po prostu się odchodzi. 

Na koniec najważniejsze - RODZINA

Może nie być idealna, może robić dziwne miny na zdjęciach, mieć gorsze i lepsze chwile, ale to najtrwalszy korzeń w życiu. Gdyby nie oni, wszystko co przeczytaliście powyżej by nie powstało. Dzięki rodzinie istnieje jakieś "jutro".
Mamo, Tato, to napisałam ja Wasza córka. Dziękuję za to, że jesteście!

P.S `Tata kazał mi napisać tylko dobrze, no ale wyszło jak zwykle ;)

środa, 14 lutego 2018

Razem.

Ślubuję Ci miłość, wierność i wspólne posiłki. No dobra, trochę to zmieniłam, ale chciałam podkreślić jak ważne w codziennym życiu jest jedzenie ... znaczy się WSPÓLNE spożywanie posiłków. 

Czuję się nieco dyskryminowana, ponieważ robiąc reaserch  do tego posta znalazłam mnóstwo informacji na temat zalet rodzinnych posiłków, ale w modelu 2+1 lub 2+2, a nas jest 1+1. I co teraz? Musicie zdać się na moje jakże fachowe spostrzeżenia. 

Żyjemy na tempo, cały czas w trasie: praca - dom. Ostatnio podliczyłam, że ja i Pan Bulcio w tygodniu roboczym każdego dnia spędzamy wspólnie (może) jakieś 2,5 godziny - EFEKTYWNIE, czyli wtedy, kiedy jesteśmy ze sobą i dla siebie. Wiedzieliśmy, że to nastąpi, a sielanka długich spacerów, urywania się z zajęć i ciepłych pączków na Chmielnej dobiegnie końca. To się nazywa dorosłość, bo przecież nie wyjdę nagle z pracy, żeby posiedzieć w ogrodach BUWu. Dlatego kiedyś obiecaliśmy sobie, że wspólne posiłki są niepodważalne.
Bycie w związku to nie tylko pachnące świeczki i płatki róż na pościeli, to ciągła praca nad sobą, nad relacją, kompromisy i optymalne rozwiązania. To też przestrzeń na realizację siebie (klik), ale również ujście pary uszami, kiedy rozwiązania na horyzoncie nie widać i zamiast tych serialowych iskierek w oczach pojawiają się wkurwiki. 

WIERZĘ, że małe  codzienne rytuały budują silną relację, zmniejszają napięcia, dają odczuć zapach prawdziwego domu.

Niech takim rytuałem będą krótkie, wspólne śniadania przed wyjściem do pracy. Wiem, że sen jest bardzo ważny, ale nie prześpijmy czasu, który możemy zyskać dzięki wspólnie zjedzonym kanapkom z pomidorem. Dzięki porannej rozmowie, małej kawie wypitej na stojąco przy blacie masz okazję przygotować się na cały ciężki dzień w pracy i usłyszeć kilka słów otuchy, gdy do piątku pozostało jeszcze 4 dni. 
Obiad zjadasz w pracy, czasami nieświadomie wciągniesz jogurt przed komputerem, później wracasz do domu, padasz na kanapę i ... film Ci się urywa. WSTAWAJ do garów - krzyczy głos wyrzutów sumienia. Przestań się mazać, odpocznij, a kiedy wróci Twoja połówka włącz ulubioną muzykę i ugotujcie coś wspólnie przy okazji podśpiewując pod nosem. Okazuje się wtedy, że jesteście najlepszym zespołem na świecie, dodatkowo tak rozpoczęty wieczór, może zakończyć się jeszcze lepiej ;)

A weekendy nie jedzcie, tylko CELEBRUJCIE. Niech śniadania będą niespieszne, wręcz wykwintne, składające się z ulubionych składników. Przygotuj kawę z pyszną mleczną pianką, albo herbatę z cytryną i miodem, usmaż jajecznicę, albo zaszalej ... skocz po chrupiące bułeczki! Podczas wieczornego maratonu z serialem na który w tygodniu nie było siły jedzcie lody z jednego pudełka i odgadujcie kształty popcornu wylosowanego z miseczki. To wszystko to drobnostki, ale potrafią wiele zdziałać. 

A jakie Wy macie swoje wielkie małe rytuały? 
Wiem, że to zdjęcie jest nieostre, ale dla mnie jest ... przeurocze, zupełnie jak my!

niedziela, 4 lutego 2018

Słodko-słony

Uwielbiam popcorn, absolutnie pod każdą postacią. Mogłabym go jeść na śniadanie, obiad i kolację -  szkoda tylko, że skończyłoby się to bardzo źle.

Sernik z popcornem brzmi ... egzotycznie, ale uwierzcie mi jest na prawdę smaczny, nie za słodki, nieco wytrawny. W sam raz dla osób, które nie przepadają za przesłodzonymi deserami.

Sernik z popcornem
Składniki:

spód: 250 g herbatników lub kruchych ciasteczek, garść solonego popcornu, 
200 gram stopionego masła
Herbatniki i popcorn pokrusz w blenderze, następnie połącz z roztopionym masłem. Masę przełóż do wyłożonej papierem okrągłej blachy i dokładnie dociśnij dłonią. Schłódź przez 20 minut.

masa serowa: 250 g ricotty, 2 opakowania śmietankowego serka łaciatego, 200 g śmietanki 30%, 5 listków żelatyny, 5 garści popcornu, 60 g roztopionego masła, łyżka cukru pudru (opcjonalnie), kajmak na wierzch
Namocz żelatynę w zimnej wodzie, a następnie rozpuść w rondelku (instrukcja znajduje się na opakowaniu). Dokładnie zmiksuj ricottę (dodaj cukier, jeśli chcesz, ja zrezygnowałam) i serek śmietankowy.  Do masy serowej stopniowo dodawaj rozpuszczoną żelatynę cały czas miksując. Następnie wmieszaj roztopione masło oraz ubitą śmietankę. Na sam koniec wsyp do masy rozdrobniony popcorn. Tak przygotowane wypełnienie wyłóż na herbatnikowy spód. 
Ciasto schłódź w lodówce przez kilka godzin. Kiedy dobrze stężeje wysmaruj wierzch kajmakiem. 
Et voila! Smacznego!
Dajcie znać, czy Wy również ryzykujcie w kuchni i łączycie dziwne smaki. Chętnie wypróbuję!

wtorek, 23 stycznia 2018

Szukasz pracy? To zacznij czytać ze zrozumieniem

Cześć, nowy rok sprzyja podejmowaniu decyzji związanych ze zmianami. To naturalne o tej porze roku, która skłania do podsumowań i postanowień. Na marginesie robienie postanowień noworocznych jest totalnie nie na miejscu o tej porze roku, ponieważ zmywają się one razem z zachodem słońca o 14:00 i ulewą nad ranem. Chce powiedzieć, że aura po prostu nie sprzyja. Ale żeby nie było, szanuje jeśli ktoś z was spisał takie postanowienia i ... nadal w nich trwa ;)
Dziś nieco bardziej branżowo, ponieważ mam kilka obserwacji związanych z poszukiwaniem nowych perspektyw. Jeśli obecnie rozglądasz się za zmianą pracy: mam dla Ciebie jedną ważną poradę. Tylko jedną: 

- czytaj... i to ze zrozumieniem

Po pierwsze: w ogłoszeniach o pracę nie bez powodu napisane są oczekiwania. Oznacza to, że na to konkretne stanowisko poszukiwana jest osoba, czasami o konkretnych umiejętnościach. Jeśli nie znasz angielskiego na poziomie oczekiwanym w ogłoszeniu - wyjdzie to na pierwszym etapie rekrutacji. Pamiętam rozmowę telefoniczną z kandydatem, który w CV deklarował znajomość angielskiego na poziomie średnio zaawansowanym - dla mnie jest to poziom, który umożliwia ad hocowe wskoczenie w komunikację - pytając o to, czy to jest dobry moment na rozmowę, odpowiedział twierdzącą, natomiast na pytanie, czy możemy porozmawiać po angielsku, już nie był taki pewien, a właściwie to powiedział, że nie jest przygotowany. A jeśli deklarujesz znajomość języka obcego na poziomie podstawowym, a w wymaganiach przy ofercie widnieje "zaawansowane" to nie dziw się później, że firma nie oddzwania na Twoją aplikację. 

Po drugie jeśli aktywnie poszukujesz pracy to pewnie aplikujesz na więcej niż jedną ofertę. Czasami trudno zapamiętać poszczególne ogłoszenia, dlatego warto prowadzić rejestr aplikacji, zapisuj dane w notatniku, Excelu lub zapisuj zakładki do stron.
No dobra mam jeszcze kilka innych:

- CV jest Twoją wizytówką

Skoro już wiesz na co aplikujesz, to dostosuj swoje CV pod ofertę. Jeśli np. hobbystycznie pracujesz na siłowni jako trener personalny, ale skończyłeś studia logistyczne i chcesz się tym zająć na poważnie - dostosuj swoją aplikacje. Nie starasz się o darmowy karnet na siłkę, tak więc zdjęcie z treningu jest nieco niestosowne i wzbudza pewien dysonans w rekruterze, no bo w sumie nie wie czego szukasz. Bardzo często osoby, które nie dostosowały swojego CV pod ofertę odpadają podczas "przesiewu" aplikacji.

- podkreśl swoje umiejętności

Ten punkt jest ścisłym nawiązaniem do poprzedniego. Jeśli CV stanowi Twoją wizytówkę na podstawie, której to właśnie Twoją aplikacją ma się zainteresować potencjalny pracodawca, nie ukrywaj swoich umiejętności pod nieudanymi wykresami. Opisz je, im prościej - tym lepiej. 
Jakiś czas temu trafiła do mnie aplikacja, na której umiejętności zostały określone słupkami (czyli, tak jak najbardziej nie lubię). Słupek znajomość języka angielskiego do połowy zamalowany na szaro, słupek umiejętność prowadzenia auta zamalowany ponad połowę. Okazało się że kandydatka po angielsku mówiła baaardzo słabo, baliśmy się zatem pomyśleć, jak jeździ autem. 

- wiem, czego chcę 

Mamy sukces: firma się do Ciebie odezwała, etap rozmowy telefonicznej przebiegł pozytywnie, masz termin spotkania. Nie daj zepsuć tego wrażenie, tym, że wchodząc do firmy nie wiesz z kim masz spotkanie, te informacje zapewne znajdują się w mailu z zaproszeniem na spotkanie. 
Teraz bardzo rzadko na rozmowach rekrutacyjnych zadaje się pytania dotyczące firmy do której aplikujesz (w dobie Agencji Rekrutacyjnych, często jest to tajemnicą), przygotuj się na pytania związane z Twoimi umiejętnościami, oczekiwaniami, również finansowymi, jak i na case study, czy też na pytania odnoszące się do trudnych sytuacji zawodowych i sposobami na poradzenie sobie z nimi. 
A jeśli jesteś tym szczęściarzem, który nie musi szukać pracy, a znajdujesz się tak jak ja po drugiej stronie mocy, okaż również zrozumienie, cierpliwość i wypracuj swoją wewnętrzną etykę zawodową. Doradzaj, wskazuj potencjalne szanse i ZAWSZE dawaj informację zwrotną bez względu na to jaka ona jest. 

czwartek, 11 stycznia 2018

Noł mejkap, noł spina

... to powinno być moje nowe motto życiowe. Ostatnio uczyniłam coś złego, bardzo złego, bo później zastanawiałam się: ZA CO? Dlaczego? I właściwie to w imię czego?

Życie w dużym mieście jest trudne. Cholernie. Pędzi tak szybko, że mrugniesz okiem, a już działasz na uaktualnionym systemie 2018. Zapominasz o sobie, o tym, że w sumie umiesz myśleć niesztampowo i podążasz za utartymi schematami każdego dnia. Wychodzisz do pracy, robisz co musisz, wracasz i kładziesz się spać. Czy wiesz, że są ludzie, którzy po pracy mają czas na życie i zjedzenie kolacji w porze kolacji, a nie wczesnego śniadania? Zastanawiasz się czasami jaki ma to wpływ na Twoje samopoczucie, a dalej na zdrowie? Wtedy na przeciw zjawią się ONE... Wjeżdżają całe na biało i to na pięknym lśniącym koniu: diety, detoksy, cuda na kiju. A Ty łykasz wszystko po kolei, a w sumie i tak dalej nie widzisz sensu tego działania. 

Tajemnicą nie jest to, że mam problemy ... głównie z cerą (no i z głową: od czasu do czasu ;)). Podłoże tych problemów jest różne (pamiętajcie mówimy o cerze, nie o głowie): hormony, stres, nieregularne, czasem szitowe posiłki. Staram się jeść zdrowo, tak więc nie cała dieta stanowi problem, a tylko pokarmy, które powinnam wyeliminować, ale tego nie robię, bo jestem uparta i lubię jeść. 

Ostatnio stan mojej cery się poprawił. Po krótkiej analizie, okazało się, że całkowicie nieświadomie z mojej diety  wyeliminowałam kilka produktów takich jak:  banany, czarna herbata, produkty nabiałowe. A to niespodzianka! 

Wciąż nie jest idealnie, ALE do rzeczy! Idąc za tymi zmianami, trochę za namową: spróbuj, podobno ludziom pomaga - postanowiłam przetestować detoks, czytaj: post warzywno-owocowy. Naczytałam się na facebook'u i w Internetach o cudach, które dokonują się w organizmie po przebytym poście. Dodatkowo po świętach czułam się nieco... ciężka. 

Nie zrozumcie mnie źle, nie krytykuję osób, które stosują post dr Dąbrowskiej, może trochę Was podziwiam, że dajecie radę. Do tej pory nie mogę uwierzyć w to, że ludzie wytrzymują na tej diecie 42 dni. Ja wytrzymałam do 18:00 (tak wiem, śmieszne), ale już obiad był dla mnie udręką. Być może to kwestia nastawienia, ale mi osobiście chciało się płakać, ponieważ obrzydzałam sobie najfajniejszą dla mnie czynność: gotowanie (no i jedzenie)!
I wciąż uważam, że wiele można osiągnąć dzięki odpowiedniej motywacji. Mówiąc to mam na myśli motywację nie napompowaną namawiam innych, czy modą. Tylko prawdziwej, silnej woli, bo w czymś widzimy cel. Ja go przestałam widzieć, kiedy zdałam sobie sprawę, że obrzydzam sobie podstawową czynność życiową. Bo przecież nie wmówię sobie, że guacamole z brokuła, to PRAWIE guacamole z awokado.  

Bardzo lubię warzywa, jem ich dużo więcej niż mięsa, bez którego potrafię funkcjonować tygodniami, no ale tym nieszczęsnym bananem nie pogardzę. Potrafię się zorganizować i codziennie mieć w pracy pudełko z domowym posiłkiem na drugie śniadanie i obiad. Nie raz juz to sobie udowodniłam. 

Zrozumiałam, że nie to jest moim problemem, że nie warto się męczyć i nie mieć przyjemności z jedzenia. Nie mam problemu z wagą, aby musieć się tak katować. Morał z tej opowieści jest taki, aby obserwować swoje ciało, obiektywnie ocenić swoje grzeszki i stopniowo je wyeliminować. Nie podążaj za namowami, za presją, za MODĄ, bo się przejedziesz, tak samo jak ja. Po prostu tego nie rób! 

Kiedy czujesz się źle zrób coś, co sprawi Ci przyjemność, a nie dodatkowo zestresuje, bo zjesz coś co jest niedozwolone. To oklepane, ale mam wrażenie, że często zapominamy o prostych rozwiązaniach, takich jak: spacer, kąpiel w wannie w ciągu dnia, sauna, rower, albo ulubiony zielony sok.

Spróbuj mojego sposobu na detoks po pracy, czyli zielony sok:
pęczek natki pietruszki
garść kostek lodu
500 ml wody
pół cytryny obranej ze skóry i białych błonek (możesz wycisnąć sok, ja akurat obieram jak mandarynkę i wkładam do blendera)
*łyżka miodu dla osłody (opcjonalnie)

Wszystkie składniki, oprócz wody, zmiksuj w blenderze. Następnie stopniowo dodawaj wodę. Lód powinien sprawiać, że pietruszka gładko się zmiksuje. 

Jeżeli doceniasz powolne chwile z kubkiem kawy, docenisz też te z sokiem z pietruszki. Mnie stawia na nogi i wprawia w pozytywny nastrój.

Nigdy nie byłam dobra w dietach, tak więc pora raz na zawsze, głośno zakomunikować: nigdy więcej.  Nie ma, że nowy rok, nowa ja. Proszę Cię, sam/a w to nie wierzysz prawda?! Na marginesie, po co zdrowe odżywianie nazywać dietą?!