niedziela, 29 października 2017

Nigdy nie będę idealna

Nie ma co się oszukiwać nie jestem ideałem, Ty też nie jesteś, a właściwie to nikt nie jest. W dobie mediów społecznościowych łatwo wysnuć wniosek, że czyjeś życie jest perfekcyjne, widząc tylko kawałek rzeczywistości. Każdy kto prowadzi bloga, instagrama, czy facebooka sam ją kreuje w taki sposób, jaki chce. Takie czasy. Ważne, że coraz więcej osób potrafi odróżnić prawdę od fikcji. 

Z każdej strony jesteśmy bombardowani perfekcjonizmem, minimalizmem i innymi modnymi ideami. Łatwo dokonujemy oceny, zbyt łatwo i to  po pozorach. Ważniejsze jest to co i jak się robi, niż to kim się jest. 
Odezwała się mądralińska. To chyba naturalne, tak jesteśmy skonstruowani. Z tym, że cienka jest granica w porównywaniu, a dążeniu do bycia takim samym. Jedynym ćwiczeniem aby przestać nadmiernie zwracać uwagę na innych jest porównywanie się do samego siebie z przeszłości. Jeśli pracujesz nad sobą na pewno jesteś w stanie zrobić rachunek sumienia, wtedy zobaczysz ile już udało Ci się osiągnąć. 

Mnóstwo w internecie poradników typu jak pokochać siebie, ale mam wrażenie, że skupiają się one na skorupie zewnętrznej. Tylko ja nie o tym chciałam, życzyłabym każdemu takiej akceptacji swojego ciała jaką mam ja. Owszem jak każda kobieta mam "te dni" w których wszystko mam na nie. Zdaję sobie sprawę z moich wad i tego, że niebawem mogę stracić uzębienie (długa historia, nie warta uwagi;)), ale praca nad zaakceptowaniem gonitwy myśli w moim umyśle zajęła mi lata, a długa droga wciąż przede mną.

Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nie wykorzystuję swojej przestrzeni osobistej. Ograniczała się ona do ucinania popołudniowej drzemki, które z czasem przeciągała się do późnych godzin wieczornych. Tłumaczyłam to sobie tym, że skoro przysypiam, to mój organizm tego potrzebuje (pewnie jest w tym trochę prawdy), tymczasem nie robiłam nic innego, jak tracenie czasu. Po przespanych latach, zaczęłam szanować swój czas. Dodatkowo ta przestrzeń to coś więcej niż realizacja. Są to również Twoje przekonania, wartości, etyka wewnętrzna, czy postawa wobec innych. Nie daję nikomu wejść w zabłoconych kaloszach choćby na wycieraczkę mojej przestrzeni osobistej. I sama nie robię tego innym. Ładnie wycieram buty i pytam, czy mogę w czymś pomóc. To samo dostaję w zamian. 
Tak jak ja nie jestem ideałem, nie mam perfekcyjnego życia, tak i mój blog i wszystko co wokół niego robię takie nie jest. Ale ... ALE dopóki ja jestem zadowolona z ostatecznego rezultatu, tak długo będzie to widoczne dla Was moich czytelników i obserwatorów. Bo liczy się autentyczność, a przynajmniej w moim nieskalanym idealnością umyśle tak to wygląda. 

I na koniec pozwolę sobie na cytat: "Luz i tak nie będę idealna". I Ty też nie musisz, będzie ciekawiej :)

sobota, 21 października 2017

Burzę mury

Kiedyś postanowiłam być egoistką. W jednej dziedzinie mojego życia, stworzyłam przestrzeń tylko o sobie dla siebie. Właśnie się w niej znajdujecie. Kiedyś już to napisałam: blog był moim ratunkiem, kiedy poczułam tak piekielne wypalenie, że aż z uszu parował mi dym. Podniosłam kiecę i pokazałam poślady temu co mnie zżerało od środka.

Zbyt długo czułam się ograniczona pod wieloma względami. Wydawało mi się że nie jestem wystarczająco zdolna, inteligenta, zbyt głupia, niewystarczająco atrakcyjna by robić coś więcej poza przetrwaniem. Jednocześnie wewnętrznie sama nakładałam na siebie presję udowadniania innym mojej wartości. Nie chciałam ośmieszyć się w przypadku gdyby zabrakło mi tematów do rozmowy albo być odebraną na wariatkę zajmując się po godzinach rozwojem pasji. Zżerało mnie to od czasów liceum. Dlatego czasami moje próby odbierane były jako słomiany zapał.
Sami stawiamy się przed wyborem  i nadkładamy na siebie limity z którymi codziennie walczymy. Ograniczamy swój potencjał, tracąc mnóstwo energii i pasji do ... życia. Dlatego jeśli teraz stoisz przed wyborem i się wahasz to przestań NATYCHMIAST! Czasami trzeba się nagiąć, spróbować bo inaczej nie dowiesz się "jak ten chleb smakuje". Podejmij wyzwanie, zasiej ziarno, ale nie oczekuj cudów, ponieważ ziarno zbierzesz może za kilka dni, ale realnie mogą być to tygodnie, miesiące, a nawet lata. 

Jakiś czas temu podjęłam decyzję, również o tym, że się nie wycofam, nie tym razem. O moich planach wiedział tylko Pan Bulcio, bo potrzebowałam jego akceptacji, pokazałam mu pierwsze trzy posty i powiedział do mnie: jeśli to sprawi, że będziesz szczęśliwsza, zrób to. Później puściłam "Bulejowską" w eter. 

Nigdy nie jest tak, że realizujemy plan w 100% zgodnie z założeniami. To tak nie działa - witaj w prawdziwym świecie! Mamy natomiast wpływ na to, co dzieje się w naszych głowach. Postrzeganie siebie przez pryzmat braków skutecznie ogranicza Twoja motywację. Z kolei ciągłe porównywanie się i papugowanie pomysłów innych, no cóż przyniesie Ci więcej start niż zysków. 

Mam propozycję, zrób to co ja. Przestań szamotać się z rzeczywistością, zaakceptuj ją taką jaka jest bez przypisywania zbędnych teorii spiskowych. Wtedy znajdziesz się tam gdzie chcesz, codziennie jeden krok do przodu.
P.S Ograniczeniom mówię: cmoknijcie się w d***!

***Ciekawostka: wiecie, że mój pierwszy blog o którym nikt nie wiedział nazywał się "Szczypta soli". Został usunięty, ponieważ nie czułam aby to było moje miejsce. Musiałam znaleźć swoją drogę.

niedziela, 15 października 2017

Kochana! Wyłaź z tej kieszeni

Chowała się w kieszeni przez długie lata. Zastanawiała się czy warto, czy wypada. Delikatnie wyglądała, badała teren. Wychodziła i wracała. W końcu się wkurzyła. Powiedziała: To mój moment! To ta chwila. A kiedy wyszła pewnym krokiem, niepewna tego co się wydarzy - została na dobre.

Potrzeba tworzenia i wiara w swoje możliwości.
Przez lata traciłam swoje szanse, widząc jak realizują je inni. Bo się bałam, jak zareagują Ci, którzy mnie nie znają lub znają ale jeszcze nie od tej strony. Momentami wstydziłam się okazywania artystycznej duszy i narzędzi, których wykorzystuję by pokazać tą część mnie publicznie.

Co więcej nieustanne porównywanie się do osób, które są w momencie w którym być może byłabym, gdybym wcześniej uwierzyła w to, że też mogę tu być. Zrozumiałam, że kluczem do realizacji siebie, nie jest ciągłe porównywanie się. Ono nic dobrego nie przynosi. Zamiast motywować skutecznie zniechęca. Więc przestałam.
Wykorzystałam to co mam. Swój potencjał. Przestałam nakładać na siebie presję, że muszę robić wszystko tak jak inni. Znalazłam swoją ścieżkę. Uwolniłam w końcu siebie samą. Przecież nie zostałam stworzona do realizowania cudzej wizji. Postanowiłam pozostać sobą.

Przestałam stawiać siebie samą pod ścianą, przecież mam wybór. Mogłam dalej się ukrywać, ale być sfrustrowanym człowiekiem, albo przestać mówić, że nie dam rady i krok po kroku spełniać swoje skryte marzenie. Każda próba, bez względu na skutek daje mi zastrzyk energii, bo mimo wszystko wciąż podejmuję próby.
A kiedy widzę to gdzie dziś jestem, napawa mnie duma. Nie byłabym tu gdyby nie wiara w to, że mogę.

I Ty też możesz!

środa, 4 października 2017

Wszystko co mogło pójść nie tak w dniu mojego ślubu

Nie wierzę własnym oczom. Dziś mamy 4 październik 2017, oznacza to, że minęło równo 3 lata od kiedy jestem mężatką. Ja się pytam: ale jak to? Mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Wydaje się że coś wydarzyło się dopiero co, a tu 3 LATA!

A owoców tego małżeństwa brak (hahaha) -  no musiałam to napisać co by od razu zakończyć rodzące się w głowach pytania i ciekawości.  Ślub nie jest równoznaczny z dojrzałością i gotowością na potomstwo.
Wyszłam za mąż w wieku 23 lat, dla niektórych to zdecydowanie za wcześnie. Dla nas był to odpowiedni moment, stwierdziliśmy, że nie będziemy odkładać czegoś co i tak się wydarzy. Mieliśmy czekać, ale raczej ze względów tradycjonalnych, bo starsza córka ma pierwszeństwo. Dzięki Bogu tego nie zrobiliśmy, bo nadal bylibyśmy narzeczeństwem, ale i tu niebawem będą zmiany (alleluja!). Poza tym na prawdę czuliśmy, że to jest ten moment. Ku zaskoczeniu ślub w tym wieku dla niektórych nie był równoznaczny z uczuciem, a potrzebą ...  siłą wyższą. Pamiętam jak siostra opowiedziała mi anegdotkę, że jedna z jej znajomych kilka miesięcy po naszym ślubie zapytała, czy ja już urodziłam. Taka niespodzianka! Ale nie o tym chciałam, presja społeczna to temat na oddzielny post.

Z okazji Bulciowej rocznicy napiszę post wyjątkowy, bo tego jeszcze nie grali. Rzeczy, które wymknęły się spod kontroli lub wydarzyły nieoczekiwanie (*kolejność zdarzeń przypadkowa).

1. Wiecie, że można mieć uczulenie na wodę święconą?!

Nieoczekiwanie dotknęło mojego tatę. Chodził od rana dziwnie mrugając oczami i pociągając nosem, najgorzej było w kościele, bo tam natężenie wody święconej było największe.

2. Wyłoniła się w najlepszym momencie, metka z pralni

Podczas błogosławieństwa, kiedy skrzypek przygrywał "samotna matko" (taki nasz rodzinny żart sytuacyjny) zauważyłam, że moja mama ma przyczepioną do podszewki metkę. Przez całe błogosławieństwo myślałam tylko o tym, aby pamiętać i ją odczepić.

3. Jestem duża, umiem sama założyć sobie biżuterię

Zawsze się zastanawiałam oglądając zdjęcia, czy filmy ślubne: dlaczego ktoś zakłada pannie młodej kolczyki, albo pierścionek? Wiem, że to prawdopodobnie ładnie wygląda w kamerze, ale za dużo dla mnie znaków zapytania. Kiedy obiektywy towarzyszyły mi w ostatniej fazie ubierania, kamerzysta poprosił aby świadkowa założyła mi pierścionek, na co ja zdziwiona odparłam: przecież umiem zrobić to sama.
ALE ... są czynności, które wymagają pomocy, takie jak na przykład zakładanie welonu. Mimo dokładnej instrukcji od naszej niezawodnej stylistki fryzur, to i tak prawie zostałam obdarta ze skóry. To wcale nie jest takie łatwe.

4. Taniec godowy

Dzień naszego ślubu już nigdy się nie powtórzy, dlatego stwierdziliśmy, że chcemy z niego czerpać każdą chwilę i pozostać sobą. Zaraz po błogosławieństwie zrobiło się tak dziwnie cicho, tata wciąż walczył z tym paskudnym uczuleniem na wodę święconą, a ja postanowiłam wydać z siebie okrzyk ulgi i pokazać jak będę tańczyła na weselu. Ponieważ suknia w kobiecy sposób podkreślała moje kształty, owy taniec obluzował jeden z guzików, który wystrzelił kiedy wsiadałam do samochodu.

5. Rowerami do ślubu

Co kto lubi: jedni jadą do ślubu bryczką, inni super, ekstra, wypasioną bryką, albo starym klimatycznym autem, dla nas nie miało to większego znaczenia, byleby auto miało mocowanie do bagażnika rowerowego. Nikt na to nie wpadł aby dekoracją samochodu były rowery. Jesteśmy kolarzami, to istotny element naszej codzienności, chcieliśmy pokazać jacy jesteśmy. Koszyk z kwiatami przymocowany do mojego roweru był tak ciężki, że obawialiśmy się aby nie uszkodził szyby.

6. Do ołtarza falstartem

Do ołtarza prowadził mnie mój tata, oczywiście. Staliśmy tak z tyłu kościoła i staliśmy. W końcu rozbrzmiała muzyka i tata zaczął mnie ciągnąć, ale ja wiedziałam, że to jeszcze nie jest ten moment. Mieliśmy ruszyć na Ave Maria, tymczasem całą tą pieśń przestałam już u boku Pana Bulcia.

7. Kłótnia pod ołtarzem

Nie, nie pokłóciłam się z Panem Bulciem, a z ... księdzem. Dobrze czytacie. Posprzeczałam się z księdzem tuż po złożeniu przysięgi. Obecnie jest zwyczaj całowania dłoni po założeniu obrączki. Ksiądz zakomunikował nam ten fakt w ostatnie chwili, na co odparłam, że ja nikomu ręki całować nie będę, ale mogę to zrobić przed założeniem. Dalej odbyła się dyskusja niczym ze szkolnego korytarza: a zobaczysz, że pocałujesz; nie pocałuję i koniec; założę się że pocałujesz jego dłoń; nie i koniec. Jaki był finał?
Pan Bulcio natomiast cudem włożył mi obrączkę, ponieważ moje palce napuchły niczym faszerowane chemią serdelki.

8. Odciski od składania życzeń

Męska dłoń nie jest przyzwyczajona do noszenia ciała obcego na palcu. Pan Bulcio przez wiele tygodni nie mógł pozbyć się odcisków w wewnętrznej stronie dłoni tuż przy nasadzie palców. Najpierw nabawił się ich od ściskania dłoni podczas przyjmowania życzeń, a następnie obrączka zaczęła palić jego palce (prawda jest taka, że rzuciłam na nią specjalny czar - wrednej żony).

9. Wtopa podczas oczepin, a nawet dwie

Po pierwsze Panie kucharki źle zamontowały paterę, która została przywieziona z cukierni. Na samej górze miały znajdować się babeczki, a na drugim piętrze od góry mały torcik i niżej znów babeczki. Z niewiadomych powodów tort znalazł się na samej górze przez co patera była zupełnie niestabilna i w każdej chwili groziło to upadkiem konstrukcji. Nawet wielkość talerza nie wzbudziła podejrzeń, że coś jest nie tak ...
Po drugie podczas jednej zabawa ... no cóż nieco się zapomniałam. Nigdy nie byłam dobra w gry typu kalambury i różne takie zgadywanki. Podczas oczepin graliśmy w "Jaka to melodia", DJ puścił temat filmowy i z podekscytowaniem krzyknęłam: To jest BIG BROTHER!!! zamiast Blues Brothers...
Moje małżeństwo zawsze będę wynosiła na ołtarze. Bez względu na to, czy jest idealnie, czy też nie. Decydowałam się na wszystko wraz z dobrodziejstwem inwentarza. Pan Bulcio wydobywa ze mnie wszystkie najlepsze cechy, dzięki niemu jestem właśnie taką Bulejowską. Ślubowałam miłość, wierność i nieposłuszeństwo do końca świata i jeden dzień dłużej!