niedziela, 24 września 2017

Nie żałuj lata

Ciągle pada i dla odmiany kolejny tydzień bardzo możliwe zaczniemy również deszczem. Ciągle słyszę: "Leje! Znowu leje. Mam basen w butach." Ale już nikt nie zwraca uwagi na to, że wiaterek który czujemy wcale chłodny nie jest.

Mamy jesień. Oficjalnie i nieodwoływalnie. Nie żałujmy lata, ono wróci, a teraz napawajmy oczy przepięknymi kolorami jesieni. Odkrywajmy piękne, wyludnione zakątki. Jedzmy dynię na milion sposobów. No i ześwirujmy na punkcie grzybów lub po prostu przyjaźnie uśmiechajmy się do tych, którzy wywożą z lasu pełne bagażniki leśnych smakołyków. 
Z cyklu Bulcie odkrywają: wczoraj uciekając przed miejskim zgiełkiem i sąsiadem imprezującym od czwartku znaleźliśmy absolutnie unikalne miejsce. Niecałe 45 minut drogi od Warszawy znajduje się las, który w latach dziewięćdziesiątych znacznie spłonął. W niektórych jego miejscach nadal nie rosną drzewa, a unikalna roślinność w tym ocean moich ukochanych wrzosów.
Ogrzewajmy się pod kocem z kubkiem ciepłej, malinowej herbaty w dłoni i ukochanym smyrającym bose stopy. A kiedy już zabraknie nam nadziei na lepsze jutro, pocieszmy się nagrodą pocieszenia w postaci marchewkowych babeczek. 
Składniki na babeczki:
4 starte marchewki (nie za duże, nie za małe)
1,5 szklanki mąki
czubata łyżeczka proszku do pieszenia
pół łyżeczki sody
łyżka cynamonu
3/4 szklanki oleju
3 jajka
1 szklanka cukru trzcinowego

Wszystkie składniki na babeczki wymieszać - kolejność nie ma większego znaczenia - ja zaczynam suchych składników, następnie dodaję mokre. Masę wlewaj do papilotek umieszczonych w formie do muffinów. Piecz w temperaturze 180 st. C przez ok. 20-25 minut (lub do suchego patyczka).

Polewa imbirowa:
1 szklanka cukru pudru
łyżeczka startego imbiru - ja wyciskałam przez wypraskę do czosnku
2-4 łyżki soku z cytryny

Do cukru pudru dodawaj stopniowo sok z cytryny, do uzyskania pożądanej konsystencji. Na koniec dodaj imbir i dokładnie wymieszaj. Ostudzone babeczki maczaj w lukrze.
Osobiście jestem zakochana w każdej postaci jesieni. Od kiedy nie ma prawdziwej mroźnej i śnieżnej zimy, to właśnie ona jest moją ulubioną porą roku. Każdej jesieni mimo, chwil przesilenia i niedospanych oczu - udaje złapać mi się magiczne momenty. 
Jesienne ciasteczka i całusy!

środa, 20 września 2017

Umieć nie zaszkodzi

Haj, mi is Bulejowska - wyobrażacie sobie całego posta napisanego in inglisz, lajk dat?! Dobra, żarty na bok. To ma być poważny, motywujący artykuł. A to akurat jest jeszcze śmieszniejsze. Wcale nie chcę, aby był w tym tonie.

W dzisiejszych czasach w niektórych branżach znajomość języka obcego , a przynajmniej angielskiego jest podstawowym wymogiem i umiejętnością. Poza tym jest to na tyle uniwersalny język, że dogadamy się w każdej części świat np. podróżując. A więc warto, aby się rozwijać i czuć komfortowo.

Nigdy wcześniej nie odczuwałam dostatecznej motywacji, aby przysiąść do sumiennej nauki angielskiego. Być może nie trafiłam na odpowiedniego, inspirującego nauczyciela, który nie tylko będzie kazał ryć na pamięć słówka i użycie poszczególnych czasów. Miałam dość niepraktycznej wiedzy, idiotycznych prac domowych i presji na wyniki. Podczas pięcioletniej przygody ze studiami miałam tylko trzy poprawki (drugie terminy, jak zwał tak zwał) w tym jedną z angielskiego... żenua wiem. Tym sposobem jak wiele osób wpadłam w poziom określany jako: wszystko rozumiem, niewiele mówię lub: czytanie i pisanie - C1, słuchanie - B2+, mówienie - A2. Strach przed mówieniem był wręcz paraliżujący. Wciąż nie jest idealnie, ale komunikuje się po angielsku, pracuję po angielsku, prywatnie inicjuje konwersacje też po angielsku. Innymi słowy nauczyłam się, ale jest to proces który trwa i który trzeba wciąż pielęgnować, aby nie zmarnować dotychczasowych osiągnięć. Co zrobiłam aby znaleźć się w tym miejscu w którym jestem obecnie?

Nie będę tu pisała o dyrdymałach typu: określ realny cel, nagradzaj się, myśl pozytywnie i poznaj 10 trików dzięki, którym się nauczysz. Blah. Ty musisz poczuć potrzebę i chcieć. Proste jak drut w moim aparacie ortodontycznym.

Po pierwsze znajdź odpowiedni dla siebie sposób nauki. Ja akurat potrzebowałam pomocy, jednocześnie wiedząc, że tradycyjnie metody niespecjalnie są dla mnie skuteczne. Znajoma poleciła mi Beatę, z którą do tej pory spotykam się na skajpaju. Od początku rozmawiałyśmy tylko i wyłącznie po angielsku, a przynajmniej dokładałyśmy wszelkich starań, bowiem początki bywają trudne. Każdy lektor ma swoje sposoby, okazało się że sposobem na mnie jest ... kontrolowana improwizacja. Mimo przygotowanego planu, często zbaczamy z tematu i po prostu dyskutujemy. Bywają też sytuacje w których pomaga mi np. przygotować się do ważnego dla mnie spotkania. Bez presji na wyniki okazało się że jestem w stanie osiągnąć więcej - przynajmniej w tej dziedzinie.

Po drugie (skoro decyzja została podjęta, chęci i potrzeba są) daj sobie czas. Jeśli Twoje umiejętność, delikatnie mówiąc przyrdzewiały nie oczekuj fajerwerków. Pamiętam mój pierwszy meeting i poczucie beznadziejności tuż po nim. Na każdym kolejnym spotkaniu walczyłam sama ze sobą, aż w końcu kliknęło. Początkowo miałam dwa spotkania tygodniowo i więcej pracy indywidualnej. Miałam podstawy ze szkoły (Ty pewnie też), ale totalnie bez praktycznego zrozumienia. Po kilku tygodniach mogłam zrezygnować z jednego meetingu. Obecnie niedzielne przedpołudnia spędzam w puchatym szlafroku, z kubkiem herbaty i słuchawkami w uszach. To już stał się mój rytuał. Po trzecie oswajaj się. Nie, słuchanie muzyki po angielsku się nie liczy. Polecam Youtuba i wszelkie vlogi, filmy tematyczne, kanały informacyjne. Dodatkowo jeśli oglądasz filmy zrezygnuj z lektora. Wracaj do filmów, które już znasz i obejrzyj je bez polskich napisów, to samo z książkami, wracaj do oryginalnych egzemplarzy. Ja bardzo często robiąc coś w domu lub pisząc notki na bloga puszczam sobie coś w tle.

Po czwarte znajdź kompana do ćwiczenia. Zdarza się że my z Panem Bulciem rozmawiamy w domu po angielsku żeby ćwiczyć. Wymyślamy dziwne gierki ze słówkami, uczymy się fiszek, czasami nawet piszemy do siebie smsy. Bo trzeba praktykować, ale nie popadajmy w skrajności, traktujmy to jako zabawę.

I po piąte hakunamatata nie ma rzeczy niemożliwych. Życzę Ci powodzenia. Daj znać jak wyglądają Twoje doświadczenia i spostrzeżenia :) Olłejs de sejm, Bulejowska!

czwartek, 14 września 2017

Dorosłość: "zabawa" czas start

Przychodzi, bo ją zapraszasz, a jak nie to i tak przylezie. Czekasz na nią, snujesz plany, marzenia, a ona przychodzi i wszystko weryfikuje i modyfikuje. Na końcu zastanawiasz się czemu tak z utęsknieniem wyglądałeś w przyszłość, bez niej było tak ...  beztrosko.

Dorosłość.

Do mnie przyszła już jakiś czas temu, nie było to nagłe tąpniecie, ona się powoli w Tobie zadomawia, zjadając kawałek po kawałku dziecinność, pokazując środkowy palec dawnym "problemom". Nie jest aż taką egoistką, dużo daje, ale musisz mądrze z niej czerpać.
To nie tylko plastikowy dowód osobisty w portfelu, dzięki, któremu kupisz alkohol w sklepie (kac po legalnie kupionym alkoholu jest dokładnie taki sam, taka dygresja, gdybyście zastanawiali się nad różnicą), nie skupiaj się tylko na używkach -  z czasem przestaną być atrakcyjne. 

Teoretycznie pełnoletność daje Ci wiele praw: wygasa władza rodzicielska, masz pełną odpowiedzialność karną, możesz podjąć pracę nie pytając nikogo o zdanie, możesz rzucić szkołę (tylko po co?). W praktyce wygląda to nieco inaczej.
Ten dowód, to odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje, a także ponoszenie ewentualnych konsekwencji. Nie oznacza to, że nagle zostajemy sami. Dorosłość to też mądrość korzystania z pomocy innych, nie bójmy o nią prosić. Nie oszukujemy się - nie zawsze wszystko musi się udać, trudno, wyciągaj wnioski. Niech strach przed porażką nie powstrzymuje Cię przed robieniem ponadprzeciętnych rzeczy. Nie bój się popełniać błędy, to one uczą najwięcej.
Na koniec zawsze pamiętaj o sobie i swoich potrzebach - czasami trzeba być egoistą, nie przesadź tylko w drugą stronę. Zawsze stawiaj na swoim, ale wiedz, że czasem gra nie jest warta świeczki, wtedy odpuść.

Co Tobie przyniosła dorosłość?

***
Sprawdź jak się szykowałam na rodzinną imprezę

środa, 13 września 2017

Nie ma we mnie zgody

Jestem drobną kobietą o dziewczęcej urodzie. Nie zgadzam się. ABSOLUTNIE SIĘ NIE ZGADZAM, aby to jak wyglądam dawało komuś nade mną przewagę!

Staram się nie oceniać ludzi po pozorach, ale kiedy widzę dwóch łysych kolesi z brzuchem piwnym, myślących, że to na prawdę mięsień - zapala mi się czerwona lampka.

Jest środa, godzina 8:26.

Siedzę na przystanku ze słuchawkami w uszach, jak zawsze czekam na spóźniony kilka minut autobus. Pech chce, że nikogo nie ma na przystanku.

Dostrzegam dwóch byków palących fajka. Chwilę później jeden z nich siedzi już przy mnie i obejmując ramieniem oznajmia: dasz mi swój numer telefonu. To nawet nie było pytanie. Odpycham kolesia i mówię żeby dał mi spokój i sobie poszedł. Przeklinam siebie samą w myślach, że gaz łzawiący zostawiłam w drugiej torbie. Koleś zaczyna się śmiać i nadal jest zdecydowanie zbyt blisko, najgorsze, że drugi stoi tak, że nawet jakbym chciała uciekać to mnie zatrzyma.

Nerwowo mówię, że to nie jest zabawne i narusza moją przestrzeń. Jedną ręką toruję jego dostęp do moich ramion, drugą nerwowo szukam panikalarmu, który wczoraj włożył mi do torebki Pan Bulcio. Koleś parska śmiechem i odchodzi, oglądając się kilka razy. Na przystanku zjawia się jedna osoba, nawet nieświadoma tego co się przed chwilą działo.

To nie pierwsza taka sytuacja, nie czuję się bezpiecznie nawet rano kiedy wszyscy idą do pracy. Dlatego noszę przy sobie gaz łzawiący, czy alarm. Nie robiłabym tego gdyby nie podobne sytuacje.

Dlaczego o tym piszę? Są trzy powody:

1.Nigdy nie dawaj przyzwolenia na takie traktowanie.
2. Trzeba o tym mówić, bo nie tylko ja znalazłam się w takiej sytuacji, a milczenie nie zmieni podejścia ludzi.
3. To mi pomogło się rozładować, mimo, że ręce wciąż mi się trzęsą i łzy napływają do oczu.

Takie sytuacji długo rozpamiętuje pisząc w głowie różne scenariusze. Wiem, to nie pomaga się uspokoić, ale pomaga przygotować się na przyszłość.

Jeżeli coś podobnego Cię spotkało pamiętaj nie jesteś sama - mów o tym głośno. Łam stereotypy. Nie obchodzi mnie to, że komuś się podobam i okazuje to w agresywny sposób. Nie zgadzam się na to. Hollaback - tu przeczytasz więcej historii oraz znajdziesz przydatne informacje o molestowaniu w przestrzeni publicznej. 

środa, 6 września 2017

Przejściówka

Nie ważne jaka pogoda jest 31.08, to 1.09 zawsze zaczyna się jesień. Oficjalnie mamy lato, ale nawet powietrze pachnie inaczej. To taki specyficzny rześki zapach, pomieszany z mokrymi liśćmi i dymem z kominów.
W moim mieszkaniu powoli gościć zaczyna jesień, ale lato nie chce odpuścić. Stworzyłam ostatnio nową, przytulną atmosferę. Wracam do wypalania wosków w kominkach i zapalania światełek na szafkach.
Wszędzie lato kłóci się z jesienią. W kuchni jeszcze letnie ciasto ....
Składniki
puszka skondensowanego niesłodzonego mleka
2 galaretki poziomkowe
biszkopty na spód
dowolne owoce
Galaretki rozpuść w 300 ml wody. Pozostaw do wystudzenia, ale żeby Ci nie stężały. Mleko ubijaj mikserem przez kilka minut, aż pojawią się na nim bąbelki. Następnie połącz mleko z galaretkami. 
W tortownicy ułóż biszkopty, następnie zalej je masą. Na wierzchu układaj dowolne owoce. 
... a w sypialni przypominają o sobie muszelki z wakacji.
Nie załamujcie się tym, że ciągle pada. To też ma swoje plusy, jak np. ogrzewanie się w mięciutkim kocyku, czytanie książki, zajadanie ciepłego popcornu. Czy tak nie lepiej?!

piątek, 1 września 2017

Leżing, plażing, ale nie smażing - Lagos

Podczas naszej wycieczki do Portugalii, niewiele było okazji, na beztroskie leżenie na plaży z drinkiem. Całą naszą uwagę poświęciliśmy na zwiedzanie. Ostatnie dni naszej podróży spędziliśmy w Lagos. Nawet jak mieliśmy zaplanowane plażowanie, to też zwiedzaliśmy - wszystkie okoliczne plaże.

Lagos to trochę odpicowana wersja naszego polskiego, nadmorskiego Władysławowa. Rozluźniona atmosfera imprezowych wakacji. Zobaczyliśmy plaże nie tylko regionu Algarve, ale także Costa Vicentina i tutaj raczej spokojnie nie poleżycie bez parawanu. Muszę włączyć moduł polaczki narzekaczki. No, było mi zimno! Owszem widoki piękne, fale, klify, surferzy ... ;) ale zimno.

Region: Costa Vicentina

Przylądek Św. Wincentego

Na tym zdjęciu wyglądam jakbym cieszyła się słońcem, ale uwierzcie wiatr w tym miejscu jest niezwykle silny. Podobno na przylądku Św. Wincentego najpiękniejsze są zachody słońca, ale niestety musielibyśmy czekać 1,5 godziny i mieć zimowe kurtki. 

Ciekawostka, miejsce to nazywane jest również "przylądkiem krótkich gaci", bo granica między chłodem a ciepłem jest niewielka, wystarczy kilka kilometrów, a wiatr cichnie, wtedy już tylko słońce otula skórę.

Już traciłam nadzieję, że chociaż trochę się opalę. Knułam w głowie cichy plan, że jak wrócę do domu to pójdę na solarium. Po intensywnych dniach i długich podróżach autem (łącznie przejechaliśmy 1700 km!!!) miałam ochotę wygrzać kości na sypkim piasku. Na szczęście plaże w Lagos były łaskawe, a żar lał się z nieba. Nie aż było upalnie, ponieważ wiaterek od oceanu przyjemnie chłodził.
Region: Algarve
Wiecie co jest najbardziej niesamowite?! Zapach soli wydobywający się z wilgotnych skał.

Na pierwszy rzut oka plaże wydaja się być ogromne, wydzielone strefy z leżakami, parasolami, parawanami i dla tych którzy tych gadżetów nie potrzebują. Ale.... jak położycie się możliwie najbliżej oceanu to uważajcie, bo szybko stamtąd uciekniecie. Maksymalny przypływ ma miejsce między 12, a 14, tak więc plaża w ciągu dnia kurczy się nawet o połowę.

Obserwowanie osób, które uciekały przed falami, które podmywały plażowiczów było dla nas niezwykłą atrakcją. Fale potrafią sięgać nawet 2-óch metrów. Raz stanęłam na brzegu i obserwowałam ocean i nagle fala zalała mnie aż do ramion.

A tutaj jedna z plaż zupełnie zalana podczas przypływu.

Draga na tą plażę była niezwykle kręta - byliśmy po obiedzie, śmiem powiedzieć nawet, że był to obiad mieszący się w pierwszej trójce podczas, którego zamówiłam domowe wino. Byłam pewna, że dostanę kieliszek, a do stołu podano dzbanek, który wypiłam sama, bo była tak dobre. Finalnie nieco się nabzdryngoliłam. Zdarza się.
Na tej plaży uzbierałam najpiękniejsze i największe muszle.

Lagos mimo rozluźnionej atmosfery, było przyjemnym miejscem na odpoczynek, pewnie dlatego, że unikaliśmy szalonych imprez. Tutaj zjadłam najlepsze grillowane sardynki i skosztowałam wybitnego, musującego wina. Te smaki będę pamiętać na długo. Co więcej, tuż po zachodzie słońca było najlepsze światło jakie kiedykolwiek widziałam: no filter needed.
Kochani, to już ostatni  post z naszej Portugalskiej przygody. Mam nadzieję, że choć trochę przekazałam Wam klimat panujący w przedstawianych przeze mnie miejscach (Porto, Sintra, Lizbona). Pamiętajcie, że na moim FB, jak i YT możecie obejrzeć wideo pocztówki z wakacji.
A wy jak spędziliście urlop?
Mam nadzieję, że odpowiednio naładowaliście baterie :)