czwartek, 31 sierpnia 2017

Lizbona - krótko, zwięźle i na temat

Zdecydowanie ten post powinien nazywać się Lizbona express, dla przypomnienia: mieliśmy spędzić tu 2 dni, ale zrezygnowaliśmy z jednego na rzecz wizyty w Sintrze. Do Lizbony jeszcze wrócimy, bo spędziliśmy tu zdecydowanie za mało czasu, a połączenia lotnicze z Warszawy dosyć korzystne, więc zaplanujemy za jakiś czas fajny wypad na weekend. 

Szczególnie, że mamy mega miejscówkę. Wręcz vipowską. Nasz nocleg znajdował się tu pod jednym z najpopularniejszych punktów widokowych. Wyobraźcie sobie tłum ludzi, przepychający się aby uchwycić idealny moment zachodu słońca i nas piętro niżej w wygodnej sofie na tarasie. Mieszkanie zachowało dawny klimat. Stare odnowione drzwi i meble stworzyły niepowtarzalną atmosferę i te widoki o poranku. Zdecydowano za krótko, by móc się tym nacieszyć.
Ponieważ na wieczór mieliśmy szczególne plany w ciągu dnia wybraliśmy się na nieśpieszny spacer i oczywiście przejażdżkę słynnym tramwajem.
Miradouro de Nossa Senhora do Monte - to właśnie tutaj, piętro niżej mieliśmy apartament
Katedra Se
Miradouro de Santa Catarina
Castelo de São Jorge
Nie obyło się bez przygód: kieszonkowca w tramwaju i scysji na ulicy z mężczyzną, który chciał od nas pieniędzy, czy przejażdżki zepsutym autem. Nic nie było w stanie zepsuć humorów, ponieważ na wieczór mieliśmy zaplanowany food tour z przewodnikiem. Louis pokazał nam nie tylko lokalne przysmaki, serwowane w małych barach, ale także opowiedział o Lizbonie.
Plac Rossio
Jednym z przysmaków, którego spróbowaliśmy podczas naszej wycieczki była Bifana, czyli kanapka z wieprzowiną. Śmiałam się, że taką kanapkę robię jak zostaną jakieś przysmaki z grilla, wkładam wtedy w bułę, polewam musztardą i zajadam ze smakiem na drugi dzień.
Kolejną przystawką do piwa w Portugalii są ciasteczka z dorszem smażone na głębokim tłuszczu, tutaj smakowo były najlepiej doprawione, ale szkoda, że nie były ciepłe.
Sklep z historią i wieloletnią tradycją w tle, 
kiedy właściciel odejdzie powstanie tu pewnie kolejny Starbacks.
Kolejne dania nas zaskoczyły, kiedy na stół wjechały ślimaki głośno przełknęłam ślinę. Takie małe zjadłam, były okej, ale z dużymi mogłabym mieć problem. Wyjmując mięso trzeba uważać ponieważ skorupki są bardzo gorące. Małe ślimaki smakują  jak, hmm .... coś pomiędzy kurczakiem, a flakami. Portugalczycy potrafią siedzieć i godzinami je dłubać.
Pieczone chorizo i to na naszych oczach. Niesamowite podanie, smak jakiego nigdy dotąd nie wyczułam w tej kiełbasce i te regionalne naczynia. Teraz żałuję, że takiego nie kupiłam.
Sardynki to narodowa ryba Portugalii, na którą powoli kończy się już sezon, więc trafiliśmy w punkt. Długie marynowanie ich w occie i cebuli sprawia, że rozpływają się w ustach. W tym wydaniu smakują jak śledzie robione przez moją mamę. Jeszcze nie tu jadłam najlepsze ...
A na lepsze trawienie nalewka z wiśni. Wieczorową porą można znaleźć babcie staruszeczki, które w najstarszej dzielnicy Lizbony (Alfama) rozkładają plastikowe stoliczki i sprzedają w plastikowych kieliszeczkach ten właśnie trunek. Zasada jest jedna najpierw: wypijasz do połowy, następnie druga połowa wraz z wisienką, którą przegryzasz, ale uwaga na pestki.
Spacer po Alfamie zapadł mi w pamięci. Niepowtarzalny klimat fado, które było słychać z pięknych, małych restauracji. W każdej inny dźwięk i inna atmosfera. Klimatyczna i romantyczna.
To był świetny sposób na zwiedzanie, nie tylko ze względu na pyszne żarełko, ale poznania miasta od podszewki. Lizbona krótko, zwięźle i na temat. Z poczuciem niedosytu, ale w tym przypadku to dobrze, bo przecież kiedyś tam wrócimy.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Pożegnanie lata

Ostatni weekend wakacji, nie tylko tych szkolnych, ale również moich. Urlop dobiegł końca. Muszę powiedzieć, że minął mi nieśpiesznie, mam poczucie, że wykorzystałam go w stu procentach. 

Koniec wakacji jest dla mnie bardzo refleksyjny. Widzę w sobie więcej motywacji, chęci do zmian i robienia postanowień niż z początkiem nowego roku kalendarzowego.

Koniec roku kalendarzowego to tylko szara data. Nadal jest ciemno, zimno i same (śmierdzące) niespodzianki wychodzą spod śniegu. Jesteśmy jacyś tacy niedospani i summa summarum wcale niezmotywowani do czegokolwiek. No, może poza zapisaniem postanowienia na kartce i zgubienie jej dwa dni później. 

Natomiast koniec wakacji i początek roku szkolnego dla mnie niesie zdecydowanie więcej. Kończy się etap lata i rozpoczyna moja ulubiona, kolorowa jesień. Jesień, która przyniosła mi męża - Pana Bulcia, ale też nowe chęci. Mnóstwo pomysłów, świeżej motywacji. Jest jasno, umiarkowanie ciepło. Mogę pomykać w bordowych botkach na koturnie, kapeluszem na głowie i włosach rozwianych w chmurach. Rzeczy zaplanowane w tym momencie są prostsze do zrealizowania, bo bardziej mi się chcę. 

Czy Wy też tak macie?

Ostatni weekend wakacji spędziliśmy jak przystało ... grillowaliśmy. Nie byle jak, a Bulejak - na balkonie. W sobotę rozhajcowałam takiego grilla, że sąsiedzi, aż pozamykali okna. 
Sałatka z serem hallumi
garstka pomidorów koktajlowych
pół nektarynki
porządna garść rukoli
kilka grzanek
łyżka mąki
szczypta oregano
oliwa
syrop balsamiczny
kartonik sera hallumi (ja kupuję w Lidlu)

Ser pokrój w plastry, a następnie w słupki. Każdy kawałek obsyp mąką. Ser smaż na rozgrzanej oliwie aż się zarumieni, po porzuceniu na drugą stronę posyp oregano. Na talerz wysyp rukolę, smażony ser, połówki pomidorów, kostki nektarynki. Całość polej oliwą i syropem balsamicznym. 
Obecnie moja ulubiona sałatka. 

Natomiast w niedzielę stanęłam przed lustrem i pomyślałam sobie: Bulejowska to jest moment na szaleństwo. Nałożyłam na usta różową szminkę, zapakowałam jedzenie do pudełka i Pana Bulcia do samochodu i zrobiliśmy sobie piknik w Puszczy Kampinowskiej. Otaczało nas świeże powietrze, wiecie takie po burzowe, pachnące deszczem. 
(zdjęcie z telefonu)
Jak Wy spędziliście ostatni weekend?

P.S Spokojnie, nie zrobiłam nic nielegalnego, to tylko grill elektryczny. Lepsze zapachy rozmarynu i innych przypraw niż sąsiad palący na balkonie.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Wylądowaliśmy w bajce

Po dwóch dniach spędzonych w Porto, spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy do Lizbony. Po drodze mieliśmy w planie wizytę w Sintrze, a następnie na Cabo da Roca. 

Niestety rzeczywistość zweryfikowała nasze plany. Dotarliśmy do Sintry około godziny 11:00, okazało się, to zdecydowanie za późno na znalezienie choćby jednego miejsca parkingowego. Podjęliśmy więc dojrzałą decyzję i zrezygnowaliśmy z jednego dnia w Lizbonie, by móc wrócić do Sintry. W zamian za to w dzień transferu Porto-Lizbona pojechaliśmy na Cabo da Roca.

Postanowiłam jednak połączyć posta z tych miejsc z dwóch powodów. Po pierwsze są na prawdę blisko siebie i całkiem po drodze. Po drugie oba te miejsca są absolutne bajeczne.

"Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna"

Przylądek Cabo da Roca jest to najdalej wysunięta część kontynentu -  kraniec Europy Zachodniej. Niezwykle wietrzny, ale nie bardziej niż Przylądek Św. Wincentego. 
Teraz zdradzę Wam sekret, mimo, że piszą o tym w przewodnikach. Niedaleko Cabo da Roca mieści jedna z najpiękniejszych plaż w Portugalii: Praia da Ursa . Portugalczycy, wręcz uważają ją za najpiękniejszy. Każdy lokals, któremy mówiliśmy, że tam byliśmy, otwierał szeroko oczy i mówił: odrobiliście pracę domową, to sekretne miejsce, niewiele osób tam dociera.
Jak się okazuje nie takie sekretne, trochę osób tam było, mimo trudnego dostępu. Otóż dojście na tą plażę dla osób z lękiem wysokości może być trudne, ponieważ idzie się wzdłuż klifu, a następnie trzeba z niego zejść.
Mężczyzna w informacji na Cabo da Roca powiedział, że to około 30 minut spacerem, ale to nieco dłuższa podróż. Uwierzcie, że warto tam dojść, a jeśli się wybierzecie proszę: nie zakładajcie japonek. My byliśmy przygotowani, bo wiedzieliśmy, ale po drodze spotkaliśmy nawet osoby w klapkach na koturnie, albo nawet na boso.

Prawie jak w bajce Disneya

Sintra to zdecydowanie jedno z tych miejsc, które baardzo chciałam zobaczyć. Wydaje się być takie magiczne.

Dobra rada dla osób, które mają zamiar się tam wybrać autem: bądźcie tuż przed 9:30, znajdziecie miejsce parkingowe i nie stracicie połowy dnia na stanie w kolejce. 

Palácio Nacional da Pena

Na miejsce polecam dostać się Uberem, dzięki temu zaoszczędzicie czas wchodząc na sam szczyt, ominiecie kolejki i zejdziecie w kolejne miejsca. Teraz rzecz, która mnie zaskoczyła: w tym pałacu najbardziej podobały mi się sufity. Nigdy nie wiedziałam czegoś podobnego.


Pałac Pena stoi na jednym ze szczytów Sintry, zdecydowanie rzuca się w oczy, bo jest bardzo kolorowy. Mieliśmy szczęście na piękne widoki i chodzenie w chmurach. 



Castelo dos Mouros
Ruiny Zamku Murów, to jedna z najstarszych zachowanych fortec w Portugalii. Wizyta w tym miejscy była bardzo ekscytująca, najlepsze widoki i niepowtarzalna atmosfera. Moje ulubione miejsce.

Quinta da Regaleira

Pierwszym właścicielem tej posiadłości był brazylijski milioner, właściciel plantacji kawy. Musiał być to zwariowany człowiek, bo w porównaniu (nawet z) Pałacem Pena jest dziwny. Przeogromny ogród w którym znaleźć można studnie i podziemne labirynty.


Ostatnia dobra rada na koniec, ponieważ naszła mnie taka refleksja. Myślę, że Sintra jest jeszcze piękniejsza jesienią, kiedy nie ma tak wielu turystów.

Chcielibyście się znaleźć w takim bajowym miejscu?