środa, 6 grudnia 2017

Mikołaj przyjechał do stolicy korpo

UWAGA SPOILER: JEŚLI ZE MNĄ PRACUJESZ JESZCZE NIE MA CIĘ W PRACY (mimo, że jest po 9:00) NIE CZYTAJ DALEJ, BO NIE BĘDZIE NIESPODZIANKI!!!

Lubię dawać prezenty, takie z przesłaniem jak z tego sloganu reklamowego "od serca, dla serca", tylko bardziej szczere :). Co roku robię to samo, mam taką małą tradycję, robię prezenty dla znajomych z pracy, na szczęście mamy mały zespół. W zeszłym roku przygotowałam ciasteczka, ale przyznaję... strasznie się narobiłam. W tym roku postanowiłam przygotować coś nad czym spędzę mniej czasu, mało tego - też jeszcze zdążysz. Bosz!!! Ten pomysł miałam w głowie od zeszłego roku, nadszedł czas aby się nim podzielić. Spokojnie składniki są świeże. Niebawem poznacie kolejne pomysły.

Kubeczki pełne czekolady
Do przygotowania potrzebujemy:

papierowe kubeczki z nakrywką (ilość? to zależy ile potrzebujesz)
słomki (ilość? patrz wyżej ;))
małe torebki z zipem (ilość? patrz wyżej i pomnóż razy dwa)
kakao lu czekolada w proszku do picia (ja wsypałam po dwie czubate łyżki czekolady DecoMorreno)
czekoladowe groszki (dosłownie po kilka w każdym kubeczku)
mini marshmallows

Do pierwszej części torebeczek wsyp czekoladę wraz z groszkami, a do drugiej części garstkę pianek. Saszetki włóż do kubeczków, a następnie nałóż na nie pokrywkę. 
Słomki możesz przywiązać sznureczkiem do kubka lub tak jak ja włożyć przez otwór nakrętki.
*jeśli nie masz dostępu do papierowych kubeczków możesz wykorzystać słoiki 
Chciałabym wierzyć, że w takim dniu, więcej osób chętnie dołączyłoby do nas aby pomóc nam w codziennych obowiązkach, bo wiedzieliby, że rano skrzat Mikołaja zostawił im na biurku niespodziankę. Takie drobiazgi budują relacje i po prostu robi się tak magicznie. 

Dobra koleżanki i koledzy kiedy ubieramy choinkę? ;)
A wy macie swoją mikołajkową tradycję?

niedziela, 3 grudnia 2017

Retro auto przywiozło mi choinkę

Cześć Panie Grudniu! Jak dobrze Cię znów widzieć, coś czuję, że spędzimy razem świetny czas! Tak długo czekałam na ten moment, kiedy będę mogła bezkarnie wyciągnąć świąteczne ozdoby i nie zostanę posądzona i falstart.  Na marginesie choinka już stoi!

Kolejną rzeczą na którą czekam cały rok jest świąteczna diy. Ostatnio mogliście zobaczyć jak robię klimatyczną lampkę, o tu. W tym roku też zaszalałam i przygotowałam dla odmiany ozdobę w innym szklanym naczyniu, które zostało mi jeszcze po naszym ślubnym diy. Nie spodziewałam się że uda mi się dorwać do tego superanckie, retro autko!
Do przygotowania ozdoby potrzebujemy: sól, mech, resoraka, kawałek sznurka, gałązkę przypominającą choinkę, dwa sztuczne mini drzewka. Większość akcesoriów poza solą i mchem kupiłam w Tigerze. Przygotowanie jest dziecinnie proste i zajmuje dosłownie 5 minut. Najpierw układamy mech, przysypujemy solą i wkładamy resztę akcesoriów. 
To jedna z moich ulubionych świątecznych ozdób, jest bardzo efektowna i myślę, że spokojnie nadałaby się jako prezent dla gospodyni świątecznego obiadu. 

Macie już jakieś pomysły na świąteczne ozdoby wykonane własnoręcznie? Dajcie znać, chętnie się zainspiruje!

niedziela, 26 listopada 2017

Tu i teraz Bejbe

Są takie miejsca na ziemi w których czujemy nieziemskie przyciąganie. Czujemy, że tu chcemy zostać, albo wrócić, a na pewno zaznaczyć to miejsce na mapie wspomnień jako niezwykle ważne.
Masz takie miejsce, poznajesz je w trakcie wakacji, wolnych chwil, niespiesznych spacerów brzegiem morza lub skrajem lasu. Czujesz tą magię unoszącą się w powietrzu, widzisz kolorowe iskierki. Przypominasz sobie wszystko co wydarzyło się idąc dobrze znaną Ci drogą. Widzisz siebie, biegnącą w brudnych trampkach na rzepy z kawałkiem kija w dłoni, rzucającą magiczne zaklęcia na wielkie kałuże, a po chwili kładziesz na nich deskę udając, że wzięła się znikąd i przechodzisz na drugą stronę pełną jeszcze większej ilości magii.

Są takie miejsca w których czujesz się jak w domu, albo po prostu w nim jesteś. Bo tu zapominasz o obowiązkach, tutaj znajdujesz ukojenie i ucieczkę od wielkomiejskiego zgiełku. 
My ziemskie istoty mamy tylko jeden problem... i to poważny: nie potrafimy cieszyć się teraźniejszością. Dla tych, którzy nie wiedzą co to znaczy, napiszę jeszcze prościej: tu i teraz Bejbe, liczy się tu i teraz. Snujemy plany i dążymy do ich realizacji - logiczne. Ile może zając Ci planowanie? Siadasz, planujesz, a potem już tylko podążasz za założeniami, ale nie ślepo, bo po drodze jest jeszcze życie, więc nie zapomnij o nim. Balans Kochanie, a nikomu nic się nie stanie (joł, nie czuje, że rymuje).

A teraz idź w to magiczne miejsce, jeśli nie w realu to połóż się w wannie i je sobie wyobraź. Zastanów się, czy przemierzając obrane szlaki o czymś nie zapomniałeś. Może się zagubiłeś, bo nie wiesz jaki był Twój cel - jeśli tak to wracaj, bo skoro nie wiesz do czego dążysz to znaczy, że to nie było dostatecznie ważne. A może po drodze na szczyt wzmacniasz swoją pozycję, budujesz relacje, aby w końcu poczuć się bezpiecznie w "swoim ogródku". Idź dalej, znajdź siebie, pobądźcie chwile sam na sam, Ty i Twoje myśli. Zadbaj o tą relację, co więcej, prawdziwe poczucie bezpieczeństwa to wiara w to że dasz radę.
I wracaj w to miejsce zawsze kiedy przez chwile straciłeś kontakt z rzeczywistością. Rzuć magiczne zaklęcie na przeszkodę i po prostu ją przeskocz. Tutaj wszystko jest możliwe. Rozwiązania same przychodzą, tylko trzeba na prawdę chcieć. 

środa, 15 listopada 2017

Kiedy mam dość uciekam, też spróbuj

Nie słuchamy naszego organizmu. A on się dopomina, zaznacza, negocjuje, a kiedy traci cierpliwość robi nam psikusy. Wtedy przeziębiamy się w najmniej oczekiwanym momencie, strzela nam w kolanie, które puchnie do takiego rozmiaru, że znajomi z pracy dostrzegają to przez obcisłe dżinsy, no i dzieją się inne sytuacje pod tytułem: "Wybuchnę płaczem bo jestem zbyt zmęczona, żeby iść umyć zęby".

Nie zwalam tego na pogodę, bo jesień jest piękna i jeszcze w wielu miejscach można jej szukać, a my sami zbyt szybko przełączamy się na Christmas mode. Fakt faktem o tej porze roku czas mija jeszcze szybciej. Czekoladowe Mikołaje już rozpuszczają się na sklepowych pułkach, a ja nadal mam jeszcze dwa jesienne posty do publikacji (jeszcze dwa).
Jesień dla mnie jest świetnym czasem na reset.  Kiedy czuję, że odebrałam ostatnio za dużo bodźców staram się zresetować. Biorę kąpiel, a z głośnika puszczam dobrą, filmową muzykę (obecnie wałkuję tematy z Harrego Pottera), a kiedy budżet mi na to pozwala rzucam wszystko i uciekam z Warszawy.
Jakiś czas temu kiedy faktycznie miałam już dość, wiedziałam, że nie pojedziemy na dawno planowany wyjazd do Wrocławia zrobiło mi się przykro. Wspominałam Panu Bulciowi o tym, że chętnie bym pojechała gdzieś za miasto i w pewien piątek zadzwonił do mnie z pytaniem: wolisz jechać dziś wieczorem, czy jutro rano? Dwa razy pytać nie trzeba, zapakowałam dwa ciepłe swetry, a wieczorem jadałam już najlepszą pizzę w Ostródzie.
Takie miejsce z dala od wszystkiego można znaleźć bliżej swojego domu, nie trzeba od razu wyjeżdżać. Chodzi o to, aby się oderwać i zapomnieć, poczuć, że otacza nas bańka w której jeszcze przez chwilę pobędziemy.

Dlaczego o tym piszę? To oczywista oczywistość, że nie jesteśmy niezniszczalni i potrzebujemy odpoczynku. Musimy się dystansować i odnajdywać na nowo, spędzać niespiesznie czas u boku ukochanej osoby. Odpoczywamy, żeby czuć się dobrze. A kiedy czujemy się dobrze, jesteśmy szczęśliwi. A kiedy jesteśmy szczęśliwi, to szczęście przekazujemy innym.
Zatrzymaj codzienność, odsapnij, rozejrzyj się, zwolnij. Zobacz jak może być pięknie. Jaki jest Twój sposób na wylądowania w bezpiecznej bańce?

sobota, 11 listopada 2017

Srylionpierwszy przepis na dynię

Czyżbym się spóźniła? Sorry, miałam inne priorytety w czasie w którym wszyscy wrzucali ten sam sposób przygotowania kremu z dyni. Obiecuję, to nie jest kolejny przepis na zupę dyniową, którą inni uwielbiają dokładnie tak ja (jakby co to mój przepis znajdziecie, o tu!)

Nie wiem czy znacie to uczucie kiedy wydaje Wam się że odkryliście co najmniej nowy kontynent. Ja poczułam w sobie odkrywcę, kiedy miałam potworną ochotę na hummus, ale oczywiście brakowało mi tahini. Pomyślałam: eee nie chce mi się jechać do sklepu, nie chce wydawać kasy, ale zaraz, zaraz: bingo! masło orzechowe. Przygotowałam więc hummus z masłem orzechowym i byłam z siebie taka dumna, ponieważ nie czułam jakieś rażącej różnicy, a nawet powiedziałabym, że to był najlepszy hummus jaki zrobiłam. Podkusiło mnie jednak, żeby to wygooglować i to był błąd. Okazało się że nie byłam pierwsza, moje serce pękło!

W związku z tym wolę myśleć, że przepis, który zobaczycie poniżej wyszedł z mojego domu. Faszerowaną dynię po raz pierwszy przygotowała moja mama (nie będę przypisywało sobie jej zasług), natomiast ja postanowiłam przygotować ją na mój własny sposób. Mam nadzieję, że i Wam posmakuję.

Faszerowana dynia
Składniki:
zgrabna dynia hokkaido
cebula dymka
szklanka kurek
100 g śmietanki 30%
pęczek koperku
szklanka pęczaku
pierś z kurczaka
opcjonalnie bulion grzybowy - tyle aby przykryć pęczak w garnku
2 łyżki masła
Dynię dokładnie umyj. Odkrój górny kapelusz i delikatnie wyjmij środek dyni. Dynię (bez kapelusza) włóż do piekarnika rozgrzanego do 180 st. na około 20 minut - kontroluj ten czas, aby jej nie przypalić, chodzi o to aby odrobinę zmiękła. 

W międzyczasie przygotuj wypełnienie. 
Pęczak zalej wodą lub bulionem grzybowym. Gotuj aż płyn odparuje. 
Na patelni rozpuść masło i podsmaż posiekaną drobno cebulę. Dodaj pokrojoną w kostkę pierś z kurczaka, dopraw do smaku solą i pieprzem. Kiedy kurczak zblednie dodaj kurki i podsmażaj przez chwilę, następnie dodaj część śmietanki. Kiedy płyn odparuje dodaj ugotowany pęczak i resztę śmietany. Wszystko dokładnie wymieszaj i dopraw. 
Do wstępnie upieczonej dyni włóż przygotowany na patelni farsz.
Przykryj kapeluszem i piecz przez kolejne 10 minut. 

Smacznego!

Napiszcie mi jeśli macie przepis, który dla Was był "odkryciem", jestem bardzo ciekawa.

niedziela, 5 listopada 2017

Cześć, to znowu ja: Bulejowska!

Nie byłoby mnie tu. Naprawdę nie byłoby mnie tu gdyby nie moja rodzina. Rodzice mnie, co tu dużo mówić, stworzyli od A do R, cała reszta to otoczenie i jego wpływ na moją osobowość. Gdyby nie Pan Bulcio, Bulejowska też by nie istniała. Po dłuższym namyśle żadne inne pseudo do mnie nie pasuje. Gdyby nie moja siostra, no cóż - dostarczyła mi inspiracji ;)

Dawno temu wpadłam na pomysł i powiedziałam: Magda! napisz mi post na bloga. Miałam raczej na myśli, aby napisała co tam jej w duszy gra, a ona wzięła i napisała o ... MNIE!
"W sumie sama nie wiem od czego zacząć. Moja siostra poprosiła mnie o napisanie posta na bloga. Pomyślałam nic trudnego, przecież kiedyś to robiłam. Zastanawiałam się jaki by tu temat ugryźć: o sobie, o życiu, miłości, Zbuntowanym Aniele, aż tu nagle wpadłam na pomysł: napiszę o niej.  Małej Margolci z dwoma warkoczami aż do pasa, zakończonych kokardkami. Uwaga, kokardki musiały pasować do reszty stroju.

Nie będę Wam pisała, że pamiętam jak się poznałyśmy. Jestem starsza, ale nie aż tyle. Nie pamiętam jak się urodziła, ani nie pamietam, czy byłam zazdrosna. Chyba nie, bo i tak potrafiłam skupić na sobie uwagę kogo trzeba. Pamiętam tylko, że była małym bobasem, jedzącym żółte lekarstwa na moich urodzinach (wiecznie chore uszy).

Dziliłyśmy razem pokój, a wieczorami wyciągałyśmy suknie balowe mamy i robiłyśmy bankiet. Sądzi musieli być "zachwyceni".

Zawsze wiedziałam, że mogę polegać na mojej młodszej siostrze. Wspierała mnie we wszystkich decyzjach i nie raz się mną opiekowała. Czekała z kolację, kiedy późno wracałam z pracy. Nie wiem skąd w niej tyle cierpliwości na moje wieczne nieogarnięcie. Kiedyś parząc herbatę podpaliłam nowiutką plastikową deskę, która rozpłynęła się po kuchence. Gosia wtedy powiedziała: po pierwsze dobrze, że Piotrek tego nie widzi, po drugie kupisz mi teraz drewnianą. Dobrze, że do tej pory tego nie zrobiłam, wyobraźcie sobie podpaloną drewnianą deskę ...

Wakacje często spędzałyśmy u naszej kochanej cioci Alinki. Podobno tam można nam było wszystko. Podkradałyśmy cioci cukierki z galaretką schowane w kredensie i wyjadałyśmy kruszonkę z szarlotki schowanej pod ściereczką w spiżarce tuż przy kuchni.

Małgosia jest perfekcjonistką. Jest młodsza i bardziej poukładana. W domu Bulciów nawet noże i widelce wiedzą w którą stronę mają leżeć w szufladzie. Niechby się odważyły inaczej. Najbardziej lubię jeść kolacje przygotowywane przez moją siostrę. Popisowa lasagne, albo makaron z pulpecikami.

Gosia zawsze była indywidualistką. Od małego lubiła stawiać na swoim i tak jest do tej pory. Zawsze brnie do swoich celów. Rozwija swoje pasje zarówno te zawodowe jak i prywatne. Jest zapaloną kolarką, a do kasku ma dopasowaną nawet szminkę. No i wspiera swojego męża w utrzymaniu koszulki lidera.

W tym roku spędziłyśmy razem wakacje. Pierwszy  raz od dłuższego czasu wyjechałyśmy razem na dłużej, oglądać jakąś architekturę i wylegiwać się na plażach w Portugalii. Nie oznaczało to, tego, że tańczyliśmy jak nam Pani Bulejowska zagrała, ani tego, że nagle schowała głowę wysoko w chmury tam gdzie ja."
Jeśli to nie siostrzana miłość, to co innego?! :)

niedziela, 29 października 2017

Nigdy nie będę idealna

Nie ma co się oszukiwać nie jestem ideałem, Ty też nie jesteś, a właściwie to nikt nie jest. W dobie mediów społecznościowych łatwo wysnuć wniosek, że czyjeś życie jest perfekcyjne, widząc tylko kawałek rzeczywistości. Każdy kto prowadzi bloga, instagrama, czy facebooka sam ją kreuje w taki sposób, jaki chce. Takie czasy. Ważne, że coraz więcej osób potrafi odróżnić prawdę od fikcji. 

Z każdej strony jesteśmy bombardowani perfekcjonizmem, minimalizmem i innymi modnymi ideami. Łatwo dokonujemy oceny, zbyt łatwo i to  po pozorach. Ważniejsze jest to co i jak się robi, niż to kim się jest. 
Odezwała się mądralińska. To chyba naturalne, tak jesteśmy skonstruowani. Z tym, że cienka jest granica w porównywaniu, a dążeniu do bycia takim samym. Jedynym ćwiczeniem aby przestać nadmiernie zwracać uwagę na innych jest porównywanie się do samego siebie z przeszłości. Jeśli pracujesz nad sobą na pewno jesteś w stanie zrobić rachunek sumienia, wtedy zobaczysz ile już udało Ci się osiągnąć. 

Mnóstwo w internecie poradników typu jak pokochać siebie, ale mam wrażenie, że skupiają się one na skorupie zewnętrznej. Tylko ja nie o tym chciałam, życzyłabym każdemu takiej akceptacji swojego ciała jaką mam ja. Owszem jak każda kobieta mam "te dni" w których wszystko mam na nie. Zdaję sobie sprawę z moich wad i tego, że niebawem mogę stracić uzębienie (długa historia, nie warta uwagi;)), ale praca nad zaakceptowaniem gonitwy myśli w moim umyśle zajęła mi lata, a długa droga wciąż przede mną.

Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nie wykorzystuję swojej przestrzeni osobistej. Ograniczała się ona do ucinania popołudniowej drzemki, które z czasem przeciągała się do późnych godzin wieczornych. Tłumaczyłam to sobie tym, że skoro przysypiam, to mój organizm tego potrzebuje (pewnie jest w tym trochę prawdy), tymczasem nie robiłam nic innego, jak tracenie czasu. Po przespanych latach, zaczęłam szanować swój czas. Dodatkowo ta przestrzeń to coś więcej niż realizacja. Są to również Twoje przekonania, wartości, etyka wewnętrzna, czy postawa wobec innych. Nie daję nikomu wejść w zabłoconych kaloszach choćby na wycieraczkę mojej przestrzeni osobistej. I sama nie robię tego innym. Ładnie wycieram buty i pytam, czy mogę w czymś pomóc. To samo dostaję w zamian. 
Tak jak ja nie jestem ideałem, nie mam perfekcyjnego życia, tak i mój blog i wszystko co wokół niego robię takie nie jest. Ale ... ALE dopóki ja jestem zadowolona z ostatecznego rezultatu, tak długo będzie to widoczne dla Was moich czytelników i obserwatorów. Bo liczy się autentyczność, a przynajmniej w moim nieskalanym idealnością umyśle tak to wygląda. 

I na koniec pozwolę sobie na cytat: "Luz i tak nie będę idealna". I Ty też nie musisz, będzie ciekawiej :)

sobota, 21 października 2017

Burzę mury

Kiedyś postanowiłam być egoistką. W jednej dziedzinie mojego życia, stworzyłam przestrzeń tylko o sobie dla siebie. Właśnie się w niej znajdujecie. Kiedyś już to napisałam: blog był moim ratunkiem, kiedy poczułam tak piekielne wypalenie, że aż z uszu parował mi dym. Podniosłam kiecę i pokazałam poślady temu co mnie zżerało od środka.

Zbyt długo czułam się ograniczona pod wieloma względami. Wydawało mi się że nie jestem wystarczająco zdolna, inteligenta, zbyt głupia, niewystarczająco atrakcyjna by robić coś więcej poza przetrwaniem. Jednocześnie wewnętrznie sama nakładałam na siebie presję udowadniania innym mojej wartości. Nie chciałam ośmieszyć się w przypadku gdyby zabrakło mi tematów do rozmowy albo być odebraną na wariatkę zajmując się po godzinach rozwojem pasji. Zżerało mnie to od czasów liceum. Dlatego czasami moje próby odbierane były jako słomiany zapał.
Sami stawiamy się przed wyborem  i nadkładamy na siebie limity z którymi codziennie walczymy. Ograniczamy swój potencjał, tracąc mnóstwo energii i pasji do ... życia. Dlatego jeśli teraz stoisz przed wyborem i się wahasz to przestań NATYCHMIAST! Czasami trzeba się nagiąć, spróbować bo inaczej nie dowiesz się "jak ten chleb smakuje". Podejmij wyzwanie, zasiej ziarno, ale nie oczekuj cudów, ponieważ ziarno zbierzesz może za kilka dni, ale realnie mogą być to tygodnie, miesiące, a nawet lata. 

Jakiś czas temu podjęłam decyzję, również o tym, że się nie wycofam, nie tym razem. O moich planach wiedział tylko Pan Bulcio, bo potrzebowałam jego akceptacji, pokazałam mu pierwsze trzy posty i powiedział do mnie: jeśli to sprawi, że będziesz szczęśliwsza, zrób to. Później puściłam "Bulejowską" w eter. 

Nigdy nie jest tak, że realizujemy plan w 100% zgodnie z założeniami. To tak nie działa - witaj w prawdziwym świecie! Mamy natomiast wpływ na to, co dzieje się w naszych głowach. Postrzeganie siebie przez pryzmat braków skutecznie ogranicza Twoja motywację. Z kolei ciągłe porównywanie się i papugowanie pomysłów innych, no cóż przyniesie Ci więcej start niż zysków. 

Mam propozycję, zrób to co ja. Przestań szamotać się z rzeczywistością, zaakceptuj ją taką jaka jest bez przypisywania zbędnych teorii spiskowych. Wtedy znajdziesz się tam gdzie chcesz, codziennie jeden krok do przodu.
P.S Ograniczeniom mówię: cmoknijcie się w d***!

***Ciekawostka: wiecie, że mój pierwszy blog o którym nikt nie wiedział nazywał się "Szczypta soli". Został usunięty, ponieważ nie czułam aby to było moje miejsce. Musiałam znaleźć swoją drogę.

niedziela, 15 października 2017

Kochana! Wyłaź z tej kieszeni

Chowała się w kieszeni przez długie lata. Zastanawiała się czy warto, czy wypada. Delikatnie wyglądała, badała teren. Wychodziła i wracała. W końcu się wkurzyła. Powiedziała: To mój moment! To ta chwila. A kiedy wyszła pewnym krokiem, niepewna tego co się wydarzy - została na dobre.

Potrzeba tworzenia i wiara w swoje możliwości.
Przez lata traciłam swoje szanse, widząc jak realizują je inni. Bo się bałam, jak zareagują Ci, którzy mnie nie znają lub znają ale jeszcze nie od tej strony. Momentami wstydziłam się okazywania artystycznej duszy i narzędzi, których wykorzystuję by pokazać tą część mnie publicznie.

Co więcej nieustanne porównywanie się do osób, które są w momencie w którym być może byłabym, gdybym wcześniej uwierzyła w to, że też mogę tu być. Zrozumiałam, że kluczem do realizacji siebie, nie jest ciągłe porównywanie się. Ono nic dobrego nie przynosi. Zamiast motywować skutecznie zniechęca. Więc przestałam.
Wykorzystałam to co mam. Swój potencjał. Przestałam nakładać na siebie presję, że muszę robić wszystko tak jak inni. Znalazłam swoją ścieżkę. Uwolniłam w końcu siebie samą. Przecież nie zostałam stworzona do realizowania cudzej wizji. Postanowiłam pozostać sobą.

Przestałam stawiać siebie samą pod ścianą, przecież mam wybór. Mogłam dalej się ukrywać, ale być sfrustrowanym człowiekiem, albo przestać mówić, że nie dam rady i krok po kroku spełniać swoje skryte marzenie. Każda próba, bez względu na skutek daje mi zastrzyk energii, bo mimo wszystko wciąż podejmuję próby.
A kiedy widzę to gdzie dziś jestem, napawa mnie duma. Nie byłabym tu gdyby nie wiara w to, że mogę.

I Ty też możesz!

środa, 4 października 2017

Wszystko co mogło pójść nie tak w dniu mojego ślubu

Nie wierzę własnym oczom. Dziś mamy 4 październik 2017, oznacza to, że minęło równo 3 lata od kiedy jestem mężatką. Ja się pytam: ale jak to? Mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Wydaje się że coś wydarzyło się dopiero co, a tu 3 LATA!

A owoców tego małżeństwa brak (hahaha) -  no musiałam to napisać co by od razu zakończyć rodzące się w głowach pytania i ciekawości.  Ślub nie jest równoznaczny z dojrzałością i gotowością na potomstwo.
Wyszłam za mąż w wieku 23 lat, dla niektórych to zdecydowanie za wcześnie. Dla nas był to odpowiedni moment, stwierdziliśmy, że nie będziemy odkładać czegoś co i tak się wydarzy. Mieliśmy czekać, ale raczej ze względów tradycjonalnych, bo starsza córka ma pierwszeństwo. Dzięki Bogu tego nie zrobiliśmy, bo nadal bylibyśmy narzeczeństwem, ale i tu niebawem będą zmiany (alleluja!). Poza tym na prawdę czuliśmy, że to jest ten moment. Ku zaskoczeniu ślub w tym wieku dla niektórych nie był równoznaczny z uczuciem, a potrzebą ...  siłą wyższą. Pamiętam jak siostra opowiedziała mi anegdotkę, że jedna z jej znajomych kilka miesięcy po naszym ślubie zapytała, czy ja już urodziłam. Taka niespodzianka! Ale nie o tym chciałam, presja społeczna to temat na oddzielny post.

Z okazji Bulciowej rocznicy napiszę post wyjątkowy, bo tego jeszcze nie grali. Rzeczy, które wymknęły się spod kontroli lub wydarzyły nieoczekiwanie (*kolejność zdarzeń przypadkowa).

1. Wiecie, że można mieć uczulenie na wodę święconą?!

Nieoczekiwanie dotknęło mojego tatę. Chodził od rana dziwnie mrugając oczami i pociągając nosem, najgorzej było w kościele, bo tam natężenie wody święconej było największe.

2. Wyłoniła się w najlepszym momencie, metka z pralni

Podczas błogosławieństwa, kiedy skrzypek przygrywał "samotna matko" (taki nasz rodzinny żart sytuacyjny) zauważyłam, że moja mama ma przyczepioną do podszewki metkę. Przez całe błogosławieństwo myślałam tylko o tym, aby pamiętać i ją odczepić.

3. Jestem duża, umiem sama założyć sobie biżuterię

Zawsze się zastanawiałam oglądając zdjęcia, czy filmy ślubne: dlaczego ktoś zakłada pannie młodej kolczyki, albo pierścionek? Wiem, że to prawdopodobnie ładnie wygląda w kamerze, ale za dużo dla mnie znaków zapytania. Kiedy obiektywy towarzyszyły mi w ostatniej fazie ubierania, kamerzysta poprosił aby świadkowa założyła mi pierścionek, na co ja zdziwiona odparłam: przecież umiem zrobić to sama.
ALE ... są czynności, które wymagają pomocy, takie jak na przykład zakładanie welonu. Mimo dokładnej instrukcji od naszej niezawodnej stylistki fryzur, to i tak prawie zostałam obdarta ze skóry. To wcale nie jest takie łatwe.

4. Taniec godowy

Dzień naszego ślubu już nigdy się nie powtórzy, dlatego stwierdziliśmy, że chcemy z niego czerpać każdą chwilę i pozostać sobą. Zaraz po błogosławieństwie zrobiło się tak dziwnie cicho, tata wciąż walczył z tym paskudnym uczuleniem na wodę święconą, a ja postanowiłam wydać z siebie okrzyk ulgi i pokazać jak będę tańczyła na weselu. Ponieważ suknia w kobiecy sposób podkreślała moje kształty, owy taniec obluzował jeden z guzików, który wystrzelił kiedy wsiadałam do samochodu.

5. Rowerami do ślubu

Co kto lubi: jedni jadą do ślubu bryczką, inni super, ekstra, wypasioną bryką, albo starym klimatycznym autem, dla nas nie miało to większego znaczenia, byleby auto miało mocowanie do bagażnika rowerowego. Nikt na to nie wpadł aby dekoracją samochodu były rowery. Jesteśmy kolarzami, to istotny element naszej codzienności, chcieliśmy pokazać jacy jesteśmy. Koszyk z kwiatami przymocowany do mojego roweru był tak ciężki, że obawialiśmy się aby nie uszkodził szyby.

6. Do ołtarza falstartem

Do ołtarza prowadził mnie mój tata, oczywiście. Staliśmy tak z tyłu kościoła i staliśmy. W końcu rozbrzmiała muzyka i tata zaczął mnie ciągnąć, ale ja wiedziałam, że to jeszcze nie jest ten moment. Mieliśmy ruszyć na Ave Maria, tymczasem całą tą pieśń przestałam już u boku Pana Bulcia.

7. Kłótnia pod ołtarzem

Nie, nie pokłóciłam się z Panem Bulciem, a z ... księdzem. Dobrze czytacie. Posprzeczałam się z księdzem tuż po złożeniu przysięgi. Obecnie jest zwyczaj całowania dłoni po założeniu obrączki. Ksiądz zakomunikował nam ten fakt w ostatnie chwili, na co odparłam, że ja nikomu ręki całować nie będę, ale mogę to zrobić przed założeniem. Dalej odbyła się dyskusja niczym ze szkolnego korytarza: a zobaczysz, że pocałujesz; nie pocałuję i koniec; założę się że pocałujesz jego dłoń; nie i koniec. Jaki był finał?
Pan Bulcio natomiast cudem włożył mi obrączkę, ponieważ moje palce napuchły niczym faszerowane chemią serdelki.

8. Odciski od składania życzeń

Męska dłoń nie jest przyzwyczajona do noszenia ciała obcego na palcu. Pan Bulcio przez wiele tygodni nie mógł pozbyć się odcisków w wewnętrznej stronie dłoni tuż przy nasadzie palców. Najpierw nabawił się ich od ściskania dłoni podczas przyjmowania życzeń, a następnie obrączka zaczęła palić jego palce (prawda jest taka, że rzuciłam na nią specjalny czar - wrednej żony).

9. Wtopa podczas oczepin, a nawet dwie

Po pierwsze Panie kucharki źle zamontowały paterę, która została przywieziona z cukierni. Na samej górze miały znajdować się babeczki, a na drugim piętrze od góry mały torcik i niżej znów babeczki. Z niewiadomych powodów tort znalazł się na samej górze przez co patera była zupełnie niestabilna i w każdej chwili groziło to upadkiem konstrukcji. Nawet wielkość talerza nie wzbudziła podejrzeń, że coś jest nie tak ...
Po drugie podczas jednej zabawa ... no cóż nieco się zapomniałam. Nigdy nie byłam dobra w gry typu kalambury i różne takie zgadywanki. Podczas oczepin graliśmy w "Jaka to melodia", DJ puścił temat filmowy i z podekscytowaniem krzyknęłam: To jest BIG BROTHER!!! zamiast Blues Brothers...
Moje małżeństwo zawsze będę wynosiła na ołtarze. Bez względu na to, czy jest idealnie, czy też nie. Decydowałam się na wszystko wraz z dobrodziejstwem inwentarza. Pan Bulcio wydobywa ze mnie wszystkie najlepsze cechy, dzięki niemu jestem właśnie taką Bulejowską. Ślubowałam miłość, wierność i nieposłuszeństwo do końca świata i jeden dzień dłużej!

niedziela, 24 września 2017

Nie żałuj lata

Ciągle pada i dla odmiany kolejny tydzień bardzo możliwe zaczniemy również deszczem. Ciągle słyszę: "Leje! Znowu leje. Mam basen w butach." Ale już nikt nie zwraca uwagi na to, że wiaterek który czujemy wcale chłodny nie jest.

Mamy jesień. Oficjalnie i nieodwoływalnie. Nie żałujmy lata, ono wróci, a teraz napawajmy oczy przepięknymi kolorami jesieni. Odkrywajmy piękne, wyludnione zakątki. Jedzmy dynię na milion sposobów. No i ześwirujmy na punkcie grzybów lub po prostu przyjaźnie uśmiechajmy się do tych, którzy wywożą z lasu pełne bagażniki leśnych smakołyków. 
Z cyklu Bulcie odkrywają: wczoraj uciekając przed miejskim zgiełkiem i sąsiadem imprezującym od czwartku znaleźliśmy absolutnie unikalne miejsce. Niecałe 45 minut drogi od Warszawy znajduje się las, który w latach dziewięćdziesiątych znacznie spłonął. W niektórych jego miejscach nadal nie rosną drzewa, a unikalna roślinność w tym ocean moich ukochanych wrzosów.
Ogrzewajmy się pod kocem z kubkiem ciepłej, malinowej herbaty w dłoni i ukochanym smyrającym bose stopy. A kiedy już zabraknie nam nadziei na lepsze jutro, pocieszmy się nagrodą pocieszenia w postaci marchewkowych babeczek. 
Składniki na babeczki:
4 starte marchewki (nie za duże, nie za małe)
1,5 szklanki mąki
czubata łyżeczka proszku do pieszenia
pół łyżeczki sody
łyżka cynamonu
3/4 szklanki oleju
3 jajka
1 szklanka cukru trzcinowego

Wszystkie składniki na babeczki wymieszać - kolejność nie ma większego znaczenia - ja zaczynam suchych składników, następnie dodaję mokre. Masę wlewaj do papilotek umieszczonych w formie do muffinów. Piecz w temperaturze 180 st. C przez ok. 20-25 minut (lub do suchego patyczka).

Polewa imbirowa:
1 szklanka cukru pudru
łyżeczka startego imbiru - ja wyciskałam przez wypraskę do czosnku
2-4 łyżki soku z cytryny

Do cukru pudru dodawaj stopniowo sok z cytryny, do uzyskania pożądanej konsystencji. Na koniec dodaj imbir i dokładnie wymieszaj. Ostudzone babeczki maczaj w lukrze.
Osobiście jestem zakochana w każdej postaci jesieni. Od kiedy nie ma prawdziwej mroźnej i śnieżnej zimy, to właśnie ona jest moją ulubioną porą roku. Każdej jesieni mimo, chwil przesilenia i niedospanych oczu - udaje złapać mi się magiczne momenty. 
Jesienne ciasteczka i całusy!